Czy ja też tak mógłbym?

fotoCzasami kiedy rozmawiam ze znajomymi (zwłaszcza tymi, którzy nie uprawiają bądź uprawiają sport raczej rzadko) na moją zabawę z bieganiem patrzą z podziwem, traktując część tego co robię jako coś niezwykłego (chociaż chyba bardziej chodzi im o to, że w sobotnie poranki kiedy normalni ludzie jeszcze śpią ja już biegam niezależnie od pogody, niż o moje wyniki ;) ). Pewnie część z nich sobie myśli „ja tak bym nie mógł, do tego trzeba super motywacji/predyspozycji fizycznych i tak dalej….”.

Mnie w podobny sposób zdarza się myśleć o innych biegaczach – „10 km w 40 minut – dla mnie to może i możliwe ale wymagałoby strasznie dużo treningów, wysiłku etc. a tak w ogóle to nie mam takich predyspozycji…”. Kiedy patrzę na znajomych osiągających bardzo dobre wyniki zaczynam czasami myśleć w ten sposób „oj widocznie oni mają dogodne warunki, żeby robić takie wyniki”.

I robię w ten sposób WIELKI BŁĄD!

Dlaczego? A to dlatego, że patrząc z boku często nie widzimy różnych problemów z którymi muszą się stykać inne osoby. Wydaje nam się, że jeśli osiagają takie dobre wyniki to trening przychodzi im z łatwością (i pewnie w niektórych przypadkach tak bywa :) ). Prawda bywa często jednak inna.

Ja biegam od około 3 lat. Niby 3 lata biegania… ale kilometrów mam nabieganych mniej niż niektórzy biegacze w pierwszym sezonie. Tak udało mi się znacznie poprawić swoje wyniki na 10 km i 21 km. Tak udało mi się przebiec maraton. Tak trenuję teraz do triathlonu i biegów górskich. Ale trzeba pamiętać, że droga do tego miejsca wcale nie była taka łatwa (chociaż ja nie narzekam, taka trudna też nie była :) ).

Zacząłem biegać w kwietniu 2011. W listopadzie 2011 zaliczyłem pierwszą poważną kontuzję – nie biegałem przez nią blisko 2 miesiące. Treningi wznowiłem w styczniu 2012 – szybko się okazało, że żebym biegał muszę znacznie wzmocnić swój korpus bo inaczej bieganie mogłoby nie być specjalnie zdrowe dla mojego kręgosłupa. W marcu 2012 zaliczyłem swój pierwszy półmaraton… za to później przez kilka miesięcy borykałem się z bólem kolana, które uniemożliwiało mi normalne treningi (niby trochę biegałem, ale kiedy zaczynało boleć kolano robiłem przerwę, później znów kilka treningów i znów przerwa – strasznie frustrujące). Po paru miesiącach okazało się, że z kolanem nie ma problemów – problem leży w nadmiernym spięciu mięśni uda, które ustawiają rzepkę w złej pozycji.Parę wizyt u fizjoterapeuty i byłem gotowy do powrotu do normalnego biegania :)

Wraz z jesienią 2012 zacząłem przygotowania do swojego pierwszego maratonu. Przez pierwszych kilka miesięcy szło wszystko dobrze… ale później znów od stycznia 2013 musiałem zmniejszyć ilość treningów, bo znów zaczęły się pojawiać różne drobne dolegliwości (a to ból stopy, a to ból Achillesa). Nic poważnego na dłuższą metę, ale jednak rozwalało trening. W maratonie zadebiutowałem mimo niezrealizowanego treningu… i to był chyba błąd bo w czasie maratonu odniosłem kolejną poważną kontuzję. Za jej sprawą nie biegałem przez ponad 5 tygodni. Po powrocie do biegania znów męczyłem się z kolanem… zamiast iść do fizjoterapeuty… no właśnie nie wiem nawet co sobie wtedy myślałem. W tym czasie w ogóle spadła moja aktywność sportowa (basen, siłownia).

We wrześniu 2013 powróciłem do regularnych treningów. Do biegania zacząłem dorzucać basen, siłownię, treningi funkcjonalne, ćwiczenia w domu, zajęcia z kettlebells. Wypracowałem już całkiem niezłą formę… i znów pech. W styczniu 2014 skręciłem staw skokowy, który na 4 tygodnie wyłączył mnie całkowicie z biegania. W tym czasie żeby podtrzymać formę ćwiczyłem w inny sposób. Po 4 tygodniach przerwy od biegania wróciłem na biegowe trasy… i okazało się, że z formą nie jest tak źle. Jednak za sprawą kontuzji musiałem zweryfikować swoje plany startowe – zrezygnowałem z Orlen Marathonu na początku kwietnia.

O ile na początku przygody z bieganiem strasznie mnie wkurzała każda kontuzja, każda przerwa od biegania… tak z czasem zmieniłem swoje podejście. Przestałem się martwić i uskarżać na to, co mnie spotkało. Bo tak naprawdę nie spotkało mnie nic aż tak naprawdę trudnego :) Kontuzje oczywiście zwolniły mój rozwój biegowy (wielu amatorów po jednym sezonie zrobiło taki progres jak ja w ciągu niepełnych 3 sezonów) ale czy to ma jakieś znaczenie?

Dla mnie nie :)   Nie czuję ciśnienia, że muszę szybko poprawić swoją życiówkę w maratonie. Nie czuję ciśnienia, że w debiutanckim triathlonie koniecznie muszę złamać jakiś czas (chociaż oczywiście mam pewne ambicje :)

Dopóki zdrowie pozwala, że w niedzielny poranek, jeszcze przed śniadaniem mogę wyskoczyć na te kilkanaście kilometrów do lasu wiem, że nie mam na co się uskarżać :)

A wracając do pytania postawionego w temacie postu: tak Ty też tak możesz :) Może nie jutro, może nie za rok… ale jeśli konsekwentnie będziesz pracować nad sobą to możesz wskoczyć na taki poziom wytrenowania, którego dziś się nie spodziewasz :)

Photo Credit: R.O Mania via Compfight cc