Czym bardziej doświadczony biegacz tym… mniej zadowolony?

Przeglądając wczoraj relacje z 34 Maratonu Warszawskiego zwróciłem uwagę na interesującą tendencję. Mam wrażenie, że czym bardziej doświadczony jest biegacz tym większa jest szansa, że z kolejnych swoich zawodów (w tym maratonu) będzie mniej zadowolony, a nawet rozczarowany (vide tytuł wpisu z bloga Wojtka Staszewskiego: Stadion Klęski Narodowej). Z czego to wynika?

Większości debiutantów w maratonie zależy przede wszystkim na jego ukończeniu. 20 minut w jedną czy drugą stronę raczej nie powodują euforii bądź dyskomfortu. Ważne jest to uczucie, kiedy po miesiącach treningów i przygotowań nagle udaje się dokonać tego, co jeszcze 6 miesięcy temu wydawało się bardzo trudne. Stąd większość relacji osób, które w Warszawie biegły swój pierwszy, drugi lub trzeci maraton jest entuzjastyczna. Z kolei bardziej doświadczeni biegacze na ten maraton nastawiali się w kontekście bicia swojego rekordu życiowego (często już wyśrubowanego jak na ich możliwości).

Słabszy dzień w przypadku debiutanta nie sprawi, że będzie on miał problemy z przebiegnięciem maratonu… za to w przypadku bardziej doświadczonego biegacza dyspozycja danego dnia może mieć kolosalny wpływ na to czy optymalne tempo będzie takie jak planowane bądź też np. 15 sekund na kilometr wolniejsze. Kiedy mimo tego bardziej doświadczony biegacz stara się zrealizować swój plan organizm w pewnym momencie (np. po 30 km) może nagle zastrajkować. I wtedy biegaczowi odechciewa się wszystkiego:

Dotrwałem do Alei Ujazdowskich. Tam mnie już te wszystkie węglowodany tak zmuliły, że miałem wrażenie, że za chwilę zwymiotuję. Już przejście w marsz nie pomagało. Teraz musiałem się zatrzymywać. A jak było, na czym to nawet i usiąść. Przestał mnie interesować wynik czy cokolwiek innego. Spacerowałem sobie na stadion i zastanawiałem się, po co ci wszyscy ludzie tak biegną?!

Powyższy cytat pochodzi z relacji Pawła: 34 Maraton Warszawski.

W związku z tym wszystkim pojawiają się różne pytania. Czy przez chęć bicia rekordów nie tracimy tego co wydawało się najważniejsze na początku przygody z bieganiem: przyjemności z pokonywania kolejnych kilometrów? Czy nagle bieganie nie staje się kolejną dziedziną w naszym życiu, w której mamy się poprawiać, dążyć coraz do lepszych wyników? Czy te dążenia nie są ślepą uliczką, która zamiast radości w wielu przypadkach może wywoływać rozczarowanie?

Co Wy myślicie na ten temat?