Gdybym jeszcze raz zaczynał(a) biegać – część 2

Zgodnie z obietnicą dziś kolejna porcja przemyśleń otrzymanych od blogujących biegaczek. Na pierwszy ogień idą refleksji Ewy autorki bloga It’s fine, I ran today (swoją drogą ciekawy pomysł na nazwę bloga – trochę już za dużo blogów typu „Biegający Przemek”/”Przemek biegacz”/”Przemek biega”).

Po pierwsze („po pierwsze” zapewne dlatego, że aktualnie chucham i dmucham na kolano, które, mam nadzieję, tylko chwilowo strzeliło focha, a nie komunikuje mi poważniejszą kontuzję): od początku mieszałabym bieganie po różnych nawierzchniach. Myślę, że wybieganie na miejskie chodniki to niezły szok dla nieprzyzwyczajonych do biegania stawów; kolana (i nie tylko) mogą szybko zaprotestować, co zniechęci nas do biegania. Mnie nie zniechęciło, ale taka sytuacja miała miejsce. Chciałam za dużo, za szybko, wszystko po miejskiej betonowej dżungli. Nie każdy ma las pod domem, ale jakiś park znajdzie się prawie wszędzie. Szczęśliwcy mieszkający nad morzem powinni wykorzystać ten fakt i wzmacniać nogi biegając po plaży (boso) albo wzdłuż ścieżki rowerowo-rolkarskiej (tak jest w Gdańsku) – jakiż to zastrzyk tlenu i  jodu! :)
Po drugie… mnie bieganie tak zachwyciło na początku (bieganiem samym w sobie, całą tą motywacyjną otoczką na fanpejdżach biegowych, opisami i relacjami z biegów na blogach), że się nim mocno zachłysnęłam i odstawiłam inne formy aktywności fizycznej. Błąd. Duży błąd. Uważam, że od początku należy bieganie przeplatać z innymi formami ruchu… basen… ćwiczenia siłowe/ stabilizacyjne/ wzmacniające… Gdybym miała możliwość, postawiłabym przede wszystkim na pływanie, bo uwielbiam tę dyscyplinę, niestety nie mam teraz możliwości jej uprawiać, nawet rekreacyjnie. Od niedawna robię zestawy treningowe Ewy Chodakowskiej (to opcja raczej dla pań;)) i uważam, że świetnie wpływają na sylwetkę, postawę, siłę. Wybór jest ogromny i każdy znajdzie coś dla siebie poza bieganiem.
Po trzecie… tu wrzucę do jednego „worka” kilka krótkich uwag-spostrzeżeń, ściśle ze sobą powiązanych. Nie rzucać się jak wariat na jakieś wielkie dystanse i prędkości – to przyjdzie z czasem. Warto natomiast wyznaczyć sobie jakieś małe cele – pierwszy bieg na 5, 10k. I teraz rzecz wynikająca z powyższego: od początku biegać z planem. Planów w internecie jest do wyboru, do koloru. Plan jasno określa biegowy porządek tygodnia i „wie lepiej” niż my, szczególnie na początku biegowej drogi, jak i ile powinniśmy biegać. W moim odczuciu takie bieganie przynosi o wiele lepsze rezultaty niż samodzielne tuptanie kolejnych kilometrów, co często nie idzie w parze z jakością treningu.
Drugi zestaw rad od Agnieszki Pilawskiej współtworzącej bloga Twoje zwycięstwo – jeśli mieliście w ręce ostatni numer Biegania to pewnie zwróciliście uwagę, że na końcu pisma znajduje się jej krótka sylwetka :)
Gdybym znów zaczynała biegać pewnie rozsądniej planowałabym starty – nie zaczłapywałabym się w maratonach ale postawiła na krótsze, szybsze biegi i z czasem doszła do maratonu. I pewnie mniej zwlekałabym z bieganiem po górach.
Trenowałabym mniej (w sensie kilometrażu i poświęconego na to czasu) ale w bardziej przemyślany sposób; wcześniej wprowadziłabym jakiś usystematyzowany plan treningowy, z akcentami, itp. I dużo wcześniej zaczęłabym praktykę jogi.

Czyli moja rada dla początkujących zawierałaby się w z daniu: „mniej startów i długiego dystansu (na zawodach i treningach) a więcej treningu”

Za 2 dni kolejne cenne rady. Póki co interesująco wygląda zbieżność rad od różnych osób. :)