Gdybym jeszcze raz zaczynał(a) biegać – część 3

Tak jak obiecywałem dziś kolejna porcja przemyśleń. Zacznijmy od refleksji Hani autorki jednego z moich ulubionych blogów o bieganiu Do mety:

Gdybym mogła cofnąć się w czasie i wrócić do początków biegania:
1. Nie wystartowałabym w maratonie w 11 miesięcy po pierwszym biegu na 5 km. To zbyt krótki czas dla pani z K-30, która zaledwie dwa lata wcześniej wyszła zza biurka i rozpoczęła jakąkolwiek aktywność sportową. Mogłam spokojnie poczekać jeszcze rok, zbudować lepszą wytrzymałość, popracować nad siłą, nad techniką.
2. Nie dałabym się namówić na buty z podparciem ani na wkładki. Szkoda, że przy dobieraniu wkładek zostałam obejrzana od kolan w dół i nikt nie zwrócił uwagi na rotację miednicy (niestety, dosyć częsta przypadłość, zwłaszcza u kobiet). Przez kilka miesięcy biegania we wkładkach załatwiłam sobie potworne napięcia w biodrach, które zniknęły dopiero po paru miesiącach intensywnej terapii u osteopaty oraz wywaleniu wkładek i pozostaniu, już na zawsze, przy butach neutralnych.
3. Zwróciłabym większą uwagę na pracę nad siłą (dynamiczną i statyczną), rozciąganie i technikę biegu. Dopiero, kiedy zabrałam się ostro do pierwszego i drugiego oraz poprawiłam trzecie, zauważyłam wyraźny postęp w wynikach. I zwiększyłam radochę z biegania, bo zaczęło mi się biegać lepiej, łatwiej i przyjemniej.
A jako drugą opinię zamieszczam opinię Kasi, autorki bloga o wymownym tytule rusz się!
Bardzo ciekawe przemyślenia pokazujące po raz kolejny (zestawiając je z doświadczeniem innych osób), że przygoda z bieganiem nie zawsze wygląda tak, że pewnego dnia zaczynamy biegać, po 2 miesiącach biegniemy półmaraton, a po pół roku maraton z czasem zawstydzającym wielu zawodników. Nie przedłużając zapraszam Was do lektury rad od Kasi:
1. na pewno nie zapłaciłabym drugi raz 1tys zł za pakiet biegacza w Carolina Medical Center. Jest to zestaw badań pomiarowych na nowoczesnym sprzęcie, a potem chyba 3 spotkania z trenerem przygotowania motorycznego, który uczy prawidłowej rozgrzewki, rozciągania i czegoś t am jeszcze. Po badaniach i tak jest jeszcze tradycyjna analiza fizjoterapeutyczna i tak naprawdę to na niej opiera się dalsza praca. Poszłam na to, bo mój fizjo, któremu ufam bezgranicznie zaczął akurat jeździć z kadrowiczami i nie można bo było złapać, a ja miałam zapalenie krętarza (jak się okazało) a chciałam więcej biegać. Tak więc rada – nie daj się otumanić marketingowi. Jeśli już masz problem, najpierw spytaj znajomych, poczytaj, popytaj jakie kto miał doświadczenia z różnymi lekarzami, czy ogólnie klinikami. No chyba, że chcesz się poczuć jak pro, to możesz nawet jechać na obóz treningowy do Kenii, tylko po co ;)

2. chciałam za szybko i chyba musiałam sobie coś udowodnić. Startowałam z naprawdę beznadziejnego poziomu (pierwszy już oficjalny bieg na 10 km -72:23 ;) miałam sporo biegających znajomych i jestem z natury ciekawska, więc szybko zaczęłam przeglądać plany treningowe, czytać i orientować się gdzie będzie jaki bieg. Efekt był taki, że zupełnie spaliłam swój pierwszy półmaraton, min. dlatego, że jak już bardzo mi na nim zależało, to nadal moje WB1 wypadało w…marszu ;) w związku z tym cały czas się przetrenowywałam, zamiast poprawiać. Doprowadziło to do tego, że moje wyniki w pewnym momencie stanęły, a ja uznałam, że już zawsze będę w ogonie, bo za duże mam sportowe zaległości z całego życia. Teraz staram się ruszać tak, żeby nie nienawidzić tego, co robię. Wspierać organizm, a nie walczyć z nim, bo w walce z samym sobą i tak przegrasz ty, więc lepiej współpracować. To, jakie mam wyniki sportowe nie świadczy o tym, jaka jestem. Nie przydaje mi ani atrakcyjności, ani inteligencji, ani sympatyczności. Jeśli robię to dla podziwu, albo żeby sobie samej udowodnić że nie jestem beznadziejna, to znaczy, że coś jest jednak nie tak.

3. to się w sumie wiąże z tym, że chciałam za szybko. Mój organizm nie był przygotowany na bieganie. Jestem przyzwoita na rowerze, ale bieganie to zupełnie inna sprawa. Siadł przede wszystkim kręgosłup. Tak mi się wydaje, z perspektywy czasu, że jeśli nie jest się w stanie zrobić pompki, to nie powinno się biegać dłuższych dystansów, bo lędźwie mogą tego nie udźwignąć. Powinnam była wcześniej zacząć chodzić na treningi funkcjonalne (tylko że ich trzy lata temu nie było i nie słyszałam o nich nawet) i/albo na jogę. Niestety, te trzy lata temu nie wiedzieć czemu uważałam, że joga jest dla mięczaków, a ja muszę być twarda. Teraz wiem, że bieganie było jakąś formą ucieczki, a na jogę było psychicznie za wcześnie. W końcu na nią trafiłam żeby ratować kręgosłup, wściekła, że muszę się pochylić przed czymś, czym tak gardziłam ;) okazało się, że ludzie na jodze są normalni, w sumie pół na pół dziewczyny i faceci, niektórzy nawet ćwiczyli w biegowych getrach! A na basenie przekonałam się jednak, że może płynąc kraulem wyglądam póki co nieporadnie, ale za to oszczędzam kręgosłup.

jeśli chodzi o:
- metody treningowe, to cieszę się, że przeczytałam o Chi running (Bieganie bez wysiłku) i POSE. Na to można nałożyć dowolny plan.
- regeneracja – nigdy nie miałam bardzo intensywnych treningów, co wcale nie znaczy, że nie miałam przeciążeń, wręcz przeciwnie. Starałam się obserwować jak fizjo mi je uwalnia i potem kopiować te ruchy. Pomaga. Nie samym rozciąganiem człowiek żyje, czasem trzeba się trochę pociągać za skórę (posklejana powięź)
- odżywianie – wiem co jest zdrowe, ale nie zawsze się tego trzymam. Polecam poczytać o Indeksie Glikemicznym. Na któreś urodziny zażyczyłam sobie też termos żywieniowy, do którego wrzucam coś obiadowego. Zawsze to zdrowsze niż żarcie ze stołówki na sodzie. Poza tym polecam się przekonać, że np. naleśnik na mące razowej czy gryczanej jest tak samo smaczny, albo i lepszy niż taki z pszennej.
- zdrowie psychofizyczne – jeśli nawiedzają Cię bóle i masz podejrzenie, że nie jest to wynik mechanicznego uszkodzenia, sięgnij po książkę dr Rakowskiego „Kręgosłup w stresie” i publikacje Alexandra Lowena, guru bioenergetyki. I wizualizuj, myśl to potęga. Scott Jurek zresztą też o tym pisał – zbijał wizualizacjami ciśnienie!