I po wyjeździe

W piątek wróciłem z gór. Zgodnie z moimi podejrzewaniami nie znalazłem specjalnie okazji i czasu, żeby pobiegać (ale tak jak pisaliście w komentarzach pod poprzednim postem to w sumie normalne, że w górach głównie się chodzi, a po całym dniu chodzenia już nie starcza czasu/chęci żeby pobiegać). Z czasem jakoś by się jeszcze udało… tyle, że przez większość czasu męczyło mnie przeziębienie, więc nie chciałem biegając jeszcze bardziej się rozchorować. Truchtałem właściwie tylko raz, w ostatnią środę – ale poniżej 4 km to prawie tyle co nic (chociaż bieganie w górach gdzie nie jest płasko, a do tego silny halny sprawiają że trucht w spacerowym tempie bywa męczący). Przez przeziębienie sumarycznie musiałem zrezygnować z 3 treningów (z czwartkowego i weekendowego biegu w przedostatnim tygodniu września, i z pierwszego z biegów w zeszłym tygodniu) – w zamian chodziłem po górach więc na szczęście aktywność fizyczna była. A od tego tygodnia oficjalnie zaczynam realizować swój plan treningowy do maratonu :)

Wczoraj odbył się w Warszawie maraton. Ukończyło go prawie 7 tysięcy osób – niesamowity wynik. Kiedy jechałem w niedzielę rano na zajęcia (studia podyplomowe) krajało mi się serce – zazdrościłem tej masie ludzi udziału w biegu. Ja w tym roku przez perypetie z kolanem nie miałem możliwości przygotowania się do maratonu… poza tym właściwie rok biegania to chyba jeszcze zbyt małe doświadczenie na taki bieg. Wystarczy mi w tym roku debiut w marcowym Półmaratonie Warszawskim. Maratończyków podglądałem później po godzinie 13 w okolicach ulicy Puławskiej – po 35 km trasy. Zaskakujące było to, że część osób w tym momencie już mocno pochylona ledwo truchtała, inni szli… a z kolei inni wyglądali tak jakby dopiero wyszli z domu – rozluźnieni, z prostą sylwetką, stawiający małe ale częste kroki. Wszystkim, którym udało się wczoraj ukończyć maraton serdecznie gratuluję!

Wczoraj wieczorem wyszedłem trochę potruchtać, żeby sprawdzić jak sprawuje się organizm po krótkie przerwie od biegania (w czasie której chodziłem po górach). Jest nieźle, naprawdę dobrze. Po chodzeniu w butach górskich założone Nike Lunarglide 4 wydają się prawie nic nie ważyć :) Po podchodzeniu pod góry przy silnym wietrze nagle truchtanie po płaskim wydaje się być prościzną.

Jeszcze jedna refleksja dotycząca butów, które już wielokrotnie chwaliłem - Brooks Cascadia 6. Zabrałem te buty w górach zastanawiając się jak się sprawdzą na górskich szlakach przy chodzeniu (zakładałem je na zmianę z tradycyjnymi butami poza kostkę). Pewnie trochę dziwnie wyglądałem na szlaku – tak jak niedzielny turysta, który założył adidaski (do tego zielone), ale co z tego ;) Po całym dniu chodzenia stopa czuła się znacznie lepiej niż w typowych butach do chodzenia w górę. Znacznie przyjemniej też się chodziło (tutaj wychodzi kwestia różnicy wagi). Wzmocnienia na podeszwie sprawdzały się w 100 procentach – nie miałem problemów z tym, żeby po całym dniu bolała mnie stopa od wbijających się w podeszwę kamieni. Podsumowując bardzo sobie chwalę te buty w kontekście zwykłego chodzenia po górach (jedyna przewaga zwyczajnych butów górskich, które są kończą się powyżej kostki to stabilizacja kostki – w Brooks Cascadiach z pewnością łatwiej sobie skręcić stopę, więc trzeba chodzić bardziej skoncentrowanym).

A zainteresowanym relacją z wczorajszego maratonu polecam wpisy: Biegającej Ani i Emilii.