Kwiecień plecień…

Przechwytywaniebo przeplata: trochę biegania, rowerowania i pływania. Tak moi mili – do debiutu w triathlonie (w maju Piasecznie) coraz mniej czasu a ja trochę jestem w lesie (i to nie za sprawą biegów trailowych ;)

Pierwszy tydzień kwietnia za sprawą przeziębienia po półmaratonie (pamiętacie jak pisałem, że ostatnio nie czepiają się mnie przeziębienia? no to wykrakałem) odpuściłem w zupełności treningi. Zresztą w pracy miałem tyle na głowie, że i tak treningowo ten tydzień byłby słabszy.

Jakie plany na najbliższy czas? Już mniej więcej za 2 tygodnie (w weekend po świętach) maraton w Szczawnicy. Cel: ukończyć i nie styrać się po drodze. Biegnę bez żadnej napiny pod konkretny wynik. Mój cel jest taki, żeby bieg rozegrać mądrze taktycznie  (patrząc na profil trasy najwięcej wspinania się jest w pierwszej połówce biegu), żeby uniknąć sytuacji kiedy w połowie dystansu wielu biegaczy się zastanawia po co im to bieganie po górach było ;)

Później 11 maja sztafeta z Blogaczami w ramach Ekidenu. Żeby dobrze pobiec po maratonie w Szczawnicy trzeba w kolejnych tygodniach wdrożyć interwałowe treningi :)

A 2 tygodnie później debiut w 1/4 zwykłego Ironmana (czyli 950 pływania, później 45 km na rowerze i na koniec 10 500 m do przebiegnięcia). Kolejny start z cyklu bez napiny na wynik :) O bieganie się nie martwię. Jeśli chodzi o rower to ostatnio uskuteczniam na zajęcia ze spinningu – o dziwo z przeciętnym kręceniem na rowerku w fitness clubie to ma niewiele wspólnego. Dlaczego? Patrząc po stroju i butach ćwiczących (tak, na rowerze stacjonarnym też można się wpiąć w SPD!) wygląda na to, że wielu z nich podchodzi do rowerowania ciut bardziej poważnie. Po drugie, treningi są dość wymagające – w czasie treningów dużo jest „podjazdów” które pokonujemy pedałując na stojąco. 6 minut pedałowania na stojąco z odpowiednim oporem na samym początku (po długiej przerwie z rowerem) może sprawiać trudności. Odczucie mam takie, że lepiej lub gorzej ale na rowerze te 45 pokonam (kiedyś zdarzało mi się jeździć na rowerze nawet 120 km dziennie). W ten weekend (wreszcie zdrowy i wreszcie z wolnym czasem) wyciągam też prawdziwy rower z garażu :)

Rower rowerem… ale jest jeszcze pływanie… Tutaj jest najmniej różowo. Kuleje częstotliwość treningów (niestety nie udawało mi się do tej pory chodzić regularnie przynajmniej 2 razy w tygodniu na basen, raczej to wyglądało w ten sposób, że zaliczałem 3 treningi ale w ciągu 2 tygodni). Do startu w maju jest jeszcze trochę czasu… tylko trzeba się zmobilizować i chodzić regularnie na ten basen. W najgorszym wypadku przepłynę część dystansu kraulem a część żabą (chociaż chciałem tego uniknąć). Z drugiej strony sobie myślę, że na pływaniu w porównaniu z rowerem czy nawet bieganiem traci się mniej czasowo. Kluczowy wydaje się rower, bo w trakcie zawodów najwięcej czasu przypada na tę dyscyplinę.

Tak przy okazji: nie wiem czy słyszeliście już wcześniej o akcji Nike #FREEWOLNE Miasto? Jeśli nie to zajrzyjcie tutaj – na stronę na Facebooku tej akcji. O co chodzi tak w skrócie? Jest konkurs. Do wygrania 50 nagród (w tym, aż 30 par butów Nike Free!). Zasady są proste: chodzi o to, że opublikować na tym fanpage’u z hashtagami #runfree #freewolne zdjęcia ze swoich treningów, na których pokażecie ciekawe/zaskakujące/przykuwające uwagę/nieznane a urokliwe miejsca po których biegacie. Z tego co wiem nie muszą być to tylko zdjęcia obszarów miejskich – jeśli głównie biegacie po lasach to przesyłajcie również tego typu zdjęcia :) Pstrykajcie fotki szybko – bo już 27 kwietnia ogłoszenie wyników konkursu :)

Photo Credit: h.koppdelaney via Compfight cc