Świąteczne niebieganie

Jaka Wigilia taki podobno cały kolejny rok. Jeśli wierzyłbym w to powiedzenie, to kolejny rok biegowo nie wyglądałby zbytnio ciekawie. Od paru dni męczy mnie niestety przeziębienie. Z biegania nici (chyba, że chciałbym się jeszcze bardziej rozchorować). Zazdroszczę wszystkim tym, którzy mogli wyjść w pierwszy dzień świąt rano i pobiegać, żeby spalić nadmiar kalorii z poprzedniego wieczoru. Sam się trochę martwię, że 3 dni świętowania niekorzystnie odbiją się na wadze (chociaż w tym roku wydaje mi się, że udaje mi się jeść w sposób bardziej rozsądny, bez przejadania się, bez jedzenia kolejnych dokładek ciasta).

Ale tłumaczę sobie tę całą sytuację… że nie ma tego złego. W tym czasie może wreszcie odpocznie i zregeneruje mi się stopa, która ostatnio trochę bolała. Wzmocni się też motywacja do treningów, bo będę wygłodniały biegania po paru dniach przerwy. Minimalizuję też ryzyko kontuzji… a o wypadek przy obecnych warunkach pogodowych (ślizgawica to mało powiedziane) nie trudno. A więc aktywność sportowa w ostatnich dniach właściwie spadła do zera. Może nie do końca, bo dziś rano wstałem trochę wcześniej niż żona i zrobiłem kilka serii ćwiczeń siłowych w domu na macie (czasowo to z godzinę wyszło).

A jutro dość niestandardowo – wyjście na squasha. Pamiętam, że w zeszłym roku kiedy pierwszy raz spróbowałem squasha to już po kilkunastu minutach uganiania się za piłką czułem zmęczenie. Zobaczymy jak będzie tym razem :)