„14 minut…” historia Alberto Salazara

14_minut_Salazar_okladkaAlberto Salazar, John Brant „14 minut. Historia legendarnego biegacza i trenera”

„14 minut” to historia jednego z najbardziej utalentowanych amerykańskich biegaczy i trenera, którego podopieczni na ostatniej olimpiadzie odnieśli spektakularny sukces (mowa o Galenie Ruppie i Mo Farah). Salazar zaczyna swoją opowieść od zrelacjonowania losów swojego ojca uczestniczącego w rewolucji na Kubie. Późnie opowiada o tym jak odkrył swój talent do biegania i jak trafił pod skrzydła pierwszego trenera. Kolejne strony opisują początki kariery i pierwsze sukcesy (świetne wyniki na średnich dystansach rzędu 5000 i 10 000 m).

Ciekawie się robi, kiedy Salazar zaczyna trenować pod kątem maratonu. Pierwszy maraton i od razu jako debiutant uzyskuje czas poniżej 2 godzin i 10 minut (w tym czasie rekord świata na tym dystansie był kilka minut gorszy od obecnego rekordu). Drugi start i znów wielkie zwycięstwo – Salazar bije rekord świata w maratonie. Ale jego ambicje są wciąż niezaspokojone – planuje na jednej olimpiadzie zdobyć złoty medal w biegu na 10 km i maratonie. Ambitny cel… a czy został zrealizowany tego już Wam nie zdradzę :) Przeczytacie sami :)

Alberto Salazar miejscami irytuje. Choćby we fragmentach gdzie pisze o tym, że być może wyniki osiągane przez afrykańskich biegaczy są zasługą… dopingu (tym tłumaczy np. fakt że przez po jego zwycięstwie w 1983 roku przez wiele lat w maratonie w Nowym Jorku nie zwyciężył Amerykanin). W ogóle mam takie poczucie, że czytając z książkę „nie zaprzyjaźniłem” się z Salazarem tak bardzo jak ze Scottem Jurkiem. Trudno mi to ująć w paru słowach ale jest coś co sprawia, że do Salazara czuję mniejszą sympatię. Może ta ocena jest krzywdząca… ale wydaje mi się, że Salazar miał w życiu dużo farta i trudności, które napotykał są innego kalibru niż te z którymi się potykał Jurek. O ile do lektury „Jedz i biegaj” planuję jeszcze kiedyś wrócić, tak czuję, że „14 minut…” już będzie tylko stało na półce.

Książkę czyta się błyskawicznie – z jednej strony dlatego, że jest dobrze napisana, z drugiej strony ma ona tylko 220 stron. Na pewno daje „kopa motywacyjnego” – bo trudno się nie zmotywować, kiedy czyta się o biegaczu, który był gotowy poświęcić wiele dla polepszenia wyników. Lektura w sam raz na deszczowy jesienny wieczór, kiedy trudno się zmobilizować do wyjścia na trening.

A Wam jak się spodobała historia Salazara? Tylko we mnie obudził ambiwalentne odczucia?