„Bieganie naturalne” Danny Abshire, Brian Metzler – recenzja

Jakiś czas temu pisałem o kolejnej ciekawej pozycji książkowej, która została wydana pod koniec października. Dziś czas na recenzję. „Bieganie naturalne” to już trzecia z książek, które miałem okazję przeczytać na temat tzw. biegania naturalnego (wcześniejsze pozycje to książka Dreyera o Chi running i publikacja dr Romanova o POSE). Przez to na pewno mam inne wrażenia z lektury niż osoba, dla której to pierwsza opowieść na temat walorów biegania ze śródstopia w minimalistycznym obuwiu…

Książka zaczyna się od osobistej relacji Danny’ego Abishire’a na temat jego początków ze sportem (w tym z narciarstwem) i bieganiem. Tak naprawdę to przyczynek do dyskusji na temat poprawnej biomechaniki biegu. Abshire kiedy zaczynał biegać trenował w lekkich butach, z cienką podeszwą, bez wsparcia pod piętą. Tak zresztą w tamtych czasach (lata 60 i 70 ubiegłego wieku) biegali inni sportowcy. Coś zaczęło się zmieniać w latach 70. kiedy bieganie stało się bardziej modne, przyciągnęło do siebie osoby mniej sprawne fizycznie, które potrzebowały butów z dodatkową amortyzacją i stabilizacją (które wymuszają bieganie z lądowaniem na pięcie). Z takich też butów zaczął korzystać autor książki… i szybko sprowadziło to na niego kontuzję.

O tym jak zmieniało się podejście do produkcji butów pisał już McDougall w „Urodzonych biegaczach” – ale chyba poruszył temat bardziej skrótowo. Z „Biegania naturalnego” można poznać bardziej szczegółową historię. Dotyczy ona nie tylko butów, ale generalnie rzecz biorąc techniki biegania. Abshire rozkłada na części pierwsze większość ruchów, które wykonujemy biegnąc i pokazuje jakie mogą być konsekwencje dwóch odmiennych technik: biegania z lądowaniem na śródstopiu (które jest w książce określane jako przodostopie) i na pięcie. Ta część książki trochę mniej mnie zainteresowała bo na ten temat czytałem już nie raz (szczegółowo opisał to dr Romanov w swojej książce o metodzie POSE)…

Bardziej ciekawie się robi kiedy Abshire przechodzi do opisu ćwiczeń, które pozwalają biegaczowi zbudować siłę (zwłaszcza tych mięśni, które nie są aktywne przy bieganiu w mocno amortyzowanych butach) niezbędną do przyjęcia nowej techniki biegu. Ćwiczeń nie jest zbyt dużo, ale to chyba nic złego bo nie ma się przez to uczucia przytłoczenia (jak u Romanova, który opisuje kilkadziesiąt ćwiczeń… i tak naprawdę nie wiadomo od czego zacząć). Dodatkowo pokazywane ćwiczenia można wykonywać bez dodatkowego sprzętu, bez konieczności udania się na siłownię – i to jest spory plus (w przeciwnym razie wiele osób mogłoby do nich być zniechęconym). Każde ćwiczenie jest opisane i zilustrowane zdjęciem.

Książka kończy się opisem 8 tygodniowo etapu przejścia ze starej techniki biegu na nową. Podobnie jak w przypadku innych ekspertów Abshire radzi, żeby w początkowym okresie biegać naprawdę mało (w pierwszym tygodniu treningi ograniczają się do 10 minutowych truchtów), a skupić się na ćwiczeniach poprawiających siłę i technikę. Na podstawie własnych doświadczeń uważam, że to słuszna droga. Dzięki temu możemu uniknąć kontuzji wiążącej się ze zbyt szybkim obciążeniem nieużywanych do tej pory mięśni (zwłaszcza chodzi tu o mięśnie łydki i ścięgno Achillesa). Poza jak się kiedyś dowiedziałem przy okazji nauce pływania zmiana techniki w każdym sporcie wiążą się z przeprogramowaniem naszego systemu nerwowego. Żeby go skutecznie przeprogramować trzeba nową technikę ćwiczyć w momencie, kiedy jesteśmy wypoczęci. Jeśli wychodzimy na dłuższy trening i zaczynamy się męczyć to z całą pewnością wrócimy do starej techniki biegu… więc dłuższe treningi tak naprawdę utrudnią nam zmianę.

Książkę polecam zwłaszcza osobom, które zaczynają dopiero biegać, oraz tym biegaczom (korzystającym z mocno amortyzowanych butów), którzy trapieni kontuzjami chcieliby z powrotem cieszyć się bieganiem.

Ja odkąd zacząłem przestawiać się na bieganie ze śródstopia (moja technika pewnie jeszcze pozostawia wiele do życzenia) i bardziej dbać o regenerację (o moich sposobach na regenerację napiszę za jakiś czas) właściwie nie mam problemów z żadnymi kontuzjami (pomijając kontuzję złapaną na maratonie). Zmiana techniki nie jest łatwą sprawą… ale na podstawie moich doświadczeń mogę napisać, że warto się trochę nad tym pomęczyć :)