Dean Karnazes „Ultramaratończyk” – recenzja

ultramaratonczyk-b-iext23095221Dean Karnazes „Ultramaratończyk. Poza granicami wytrzymałości”

Historia Karnazesa to kolejna z historii, w której bieganie odmieniło czyjeś życie i pozwoliło zrozumieć jego sens. Karnazes biegał już od lat nastoletnich (co więcej trenował bieganie)… ale jak to często bywa w pewnym momencie porzucił ten sport i pochłonęło go „normalne” życie. Nauka, później praca, dom… Wspinanie się po kolejnych szczeblach kariery przychodziło mu z łatwością. Nie miał (tak jak np. Roll bohater „Ukrytej siły”) przy tym żadnych poważnych problemów życiowych takich jak uzależnienie od alkoholu. A jednak kończąc swoje 30 lat czuł, że coś jest nie tak. Czuł, że wygrywanie nowych kontraktów w pracy, które przynosiłu mu wysoką premię, to nie jest to co go nakręca, uszczęśliwia. Powoli zaczął przestawać widzieć w tym wszystkim sens.

Pomogło mu (a jakże, chyba nie jesteście specjalnie zaskoczeni) – BIEGANIE. Po kilkunastu latach wrócił do sportu, który porzucił w okolicach 15 roku życia. Bieganie pozwoliło Karnazesowi uwolnić myśli, odstresować się, poczuć, że naprawdę żyje. Dość szybko odkrył, że największą frajdę sprawiają mu długie wycieczki (kiedy to może przebiec z jednego miasta do drugiego, po drodze wstępując na… pizzę – szczegółów tej zabawnej historii nie chcę Wam zdradzać, bo to bardzo fajny fragment książki). Nie pamiętam teraz dokładnie z jakiego powodu, ale w pewnym momencie Karnazes zdaje sobie sprawę, że jego przeznaczeniem są biegi ultra (do słynnego wyścigu 100 milowego w Western States zaczyna trenować za sprawą dwóch wojskowych biegaczy, którzy przy okazji jednego z treningów, spowodowali, że Karnazes któremu się wydawało, że jest w fantastycznej formie, wręcz się zawstydził porównując ich trening ze swoim).

Wejście w świat ultra nie było wcale takie łatwe… pierwsze zawody ultra (z dystansem w okolicach 80 km) były dla niego wykańczające. Podejrzewam, że po jednych z pierwszych zawodów, które to skończył wymiotując w samochodzie, miał zupełnie dosyć biegów ultra. A jednak zawzięcie siła woli sprawiły, że Karnazes przygotował się do biegu Western States i jak na debiutanta zajął w nim dobre miejsce. Później poszło z górki (takie można mieć wrażenie) – Karnazes podejmował coraz to bardziej szaleńcze wyzwania – Bieg w Dolinie Śmierci, maraton na Biegunie Południowym, udział w sztafecie, której zadaniem było przebiec 320 km (Karnazes powinien startować w kilku osobowym zespole… a on przebiegł ten dystans sam!).

I znów można mieć wrażenie, że mamy z człowiekiem nie z tej planety… Z jednej strony pewnie jest dużo racji w tym spostrzeżeniu, ale z drugiej strony nie możemy zapominać o kryzysach, które spotykały Karnazesa. Każde z opisanych wyzwań było okupione olbrzymim zmęczeniem i bólem. To nie jest tak, że Karnazes rusza z kopyta i bez problemu robi te 320 km… zdecydowanie nie. To, co sprawia, że mimo ogromnego bólu i zmęczenia, kiedy już w pewnym momencie biegu organizm odmawia posłuszeństwia, on dalej walczy to fakt, że biega sercem. Najczęściej mówi się o bieganiu głową… Karnazes z kolei akcentuje „biegaj sercem” (chociaż w zasadzie chodzi o to samo).

Tak sobie pomyślałem pisząc te recenzję, że wielu amerykańskich biegaczy (czy to Jurek, czy Salazar czy Karnazes) to osoby, które co prawda wychowały się bądź spędziły większość swojego życia w Ameryce, ale zarazem to osoby, których rodziny stosunkowo niedawno się przeniosły do Ameryki (dziadkowe Jurka mówili po polsku, ojciec Salazara uciekł w latach 50-tych z Kuby, a w żyłach Karnazesa płynie grecka krew). Przypadek? Nie sądzę ;) (jak to mawiają prawicowi publicyści)

„Ultramaratończyk” to fascynująca i barwna historia. Z książek wydanych przez Wydawnictwo Galaktyka w ostatnim czasie (a czytałem jeszcze „14 minut” oraz „Ukrytą siłę”) gdybym miał wybrać tę jedną i polecić Wam do przeczytania bez wahania wybrałbym historię Karnazesa. Gorąco polecam! :)