Refleksje po maratonie w Szczawnicy

aMinęło już parę dni od mojego startu w Szczawnicy… czas na spisanie refleksji i rad (również dla siebie na przyszłość), które płyną z tego biegu.

CO SIĘ UDAŁO?

Stuptuty – bardzo dobrze zainwestowane 60 złotych. Parę miesięcy temu zastanawiałem się czy potrzebuję stuptutów, czy nie jest to zbędny gadżet. W sobotę na błotnistej trasie pewnie bym bez nich zginął (przez długi czas udawało mi się utrzymywać buty w środku w niezłym stanie, dopiero pod koniec biegu kiedy parę raz wpadłem w duże kałuże to błoto po prostu pływało w butach). Nie ma błota? Wtedy stuptuty chronią przed wpadającymi kamieniami etc. Przy biegach górskich i biegach w terenie stuptuty naprawdę się przydają.

Wytrzymałość – nie wiem do końca za sprawą czego ale mimo wysiłku, który trwał niemal 8 godzin trzymałem się pod koniec całkiem nieźle. Ściany (poza tymi skalnymi i błotnymi) nie było. Myślę, że znaczenie mogły mieć moje przedłużane treningi. Co rozumiem przez przedłużane treningi? Treningi łączące różne dyscypliny – np. godzinne zajęcia crossfitowe (po których większość osób leży na podłodze) rozszerzałem sobie 30 minutowym truchtem. Analogicznie łączyłem zajęcia ze spinningu z bieganiem na bieżni. Albo jeszcze inna kombinacja: spinning plus ćwiczenia funkcjonalne. Zmierzam do tego, że przyzwyczajenie organizmu do treningów, które potrafią trwać 2 godziny (i składają się nie tylko z biegania), na pewno nie przeszkadza później na biegach górskich (które z racji przewyższeń trwają dłużej niż biegi na tym samym dystansie po płaskim).

Bukłak - kolejna dobra inwestycja (bukłak kupiłem dosłownie dzień przed biegiem). Jakoś nie wyobrażam sobie, żeby ciągle co 20 minut zdejmować plecak po bidon (spora strata czasu i konieczność zatrzymywania się).

Zbiegi – w zbiegach na pewno jestem jeszcze początkujący… ale na tym elemencie w porównaniu z innymi osobami, które podążały ze mną, raczej zyskiwałem niż traciłem. I spory powód do zadowolenia: nie bolały mnie po zbiegach mięśnie ud. Myślę, że tutaj mogły pomóc zajęcia crossfitowe :)

Uniknięcie otarć i odcisków - może to kwestia pogody, a może kwestia przygotowania się na bieg. W każdym razie Sudocrem nie zaszkodzi (w okolicach pachwin). Zdziwiony byłem brakiem odcisków… być może w tym pomógł dezodorant do stóp (który zmniejsza pocenie się stóp)? A może także pomogła zmiana skarpetek w połowie biegu? Nie wiem w każdym razie cieszę się, że udało mi się uniknąć otarć i odcisków :)

Konsekwencja – konsekwentnie napierałem do przodu, bez zatrzymywania się (trochę zwalniałem wyciągając z plecaka telefon, ale chyba na tym dużo nie straciłem), bez myślenia w stylu „o matko jeszcze 5 godzin zanim dotrę na metę”, bez marudzenia „o matko ale błoto, mam już dość”. Jeśli dałem radę tym razem to mam nadzieję, że podobnie uda się na kolejnych biegach :)

Rozmowa w czasie biegu – na tak długiej trasie rozmowa w czasie biegu/marszu z innymi uczestnikami pomaga oderwać myśli od wysiłku, pozwala nabrać trochę dystansu, dodaje dobrej energii.

Brak forsowania tempa na początku - przy tak długim biegu zbytnie forsowanie się na początku może sprawić, że kolejne godziny wysiłku będą jednymi z gorszych godzin w naszym życiu. Tak samo jak w przypadku krótszych biegów zachęcam do spokojnego początku biegu, tak w przypadku górskich zawodów wręcz uczulam na to :)

Koszulka na zmianę w plecaku - waży niewiele… a w sytuacji gdy przez pierwsze 2 godziny kropiło (a biegłem bez kurtki) zmiana koszulki na jednym z punktów żywieniowych zapewniła spory komfort :)

CO MOŻNA POPRAWIĆ?

Buty – to ze znakiem zapytania, dlatego, że w moich Brooks Cascadiach (model 6, kupiony w 2012 roku) biegło się naprawdę nieźle (wspominałem już brak odcisków)… ale na błocie miałem wrażenie, że przydałby się do takich warunków ciut bardziej agresywny bieżnik (chociaż może w tym dniu  żadne buty by sobie nie poradziły).

Podchodzenie/podbiegi – tak jak pisałem o ile na zbiegach czułem się nieźle, o tyle sporo traciłem na podbiegach. Jaka z tego nauka? Przydałyby się przede wszystkim wyjazdy w góry (nawet po to, żeby pochodzić po górach, niekoniecznie biegać). Po drugie trzeba regularnie wpleść Agrykolę/podbiegi w lesie do treningów (w moich wcześniejszych przygotowaniach wystąpił taki element… ale były to raczej spontaniczne treningi, niż zaplanowane działania). Po trzecie, skipy i inne ćwiczenia sprzyjające sile nóg (choćby przysiady ze sztangą na siłowni).

Jedzenie na trasie – jedzenia zabrałem ze sobą trochę za mało (dwa żele, i dwa batoniki musli). Gdyby bieg trwał z godzinę krócej pewnie byłaby to wystarczająca ilość (bo w końcu były jeszcze 3 punkty żywieniowe)… natomiast w moim przypadku, przy wolnym pokonywaniu trasy, kiedy w okolicach 31 km byłem głodny (i miałem ze sobą jeden żel, który chciałem zostawić tak na ostatnie 4 km biegu) zwyczajnie zabrakło dodatkowego żelu/batonika.

PODSUMOWANIE

I tak to wygląda parę dni po starcie. Dużo tu oczywistości (i oczywistych oczywistości) – ale mam nadzieję, że debiutantom w biegach górskich te przemyślenia się przydadzą :)

Photo Credit: ores2k via Compfight cc