Marudzenie

Od ostatniego postu minęło trochę czasu. Nie pisałem nic w międzyczasie dlatego, że jakoś mało pozytywnie jestem nastawiony w ostatnim tygodniu. W ostatni weekend, kiedy miałem mieć kluczowy w perspektywie miesiąca trening niestety się przeziębiłem. Piątek, sobota, niedziela, poniedziałek, wtorek… niby tylko 5 dni przerwy a ja już czułem, że bez biegania (i sportu) wariuję. W środę w końcu się wyrwałem z domu i zaliczyłem godzinę na bieżni na siłowni i do tego 30 minut na rowerku stacjonarnym. Podobno koszulki techniczne w mniejszym stopniu robią się mokre, bo lepiej odprowadzają wilgoć – szkoda, że nie widzieliście mnie po tym treningu, bo koszulkę miałem przemoczoną do przysłowiowej ostatniej nitki.

Styczeń przez to, że na początku oszczędzałem Achillesa i przez to przeziębienie na koniec miesiąca kończę z marnym przebiegiem 109 km :( Zaniedbałem ostatnio też siłownię i basen… krótko pisząc nie mam powodów do dumy. Mój kilometraż miesięczny powinien rosnąć… a tutaj zamiast progresu jest stagnacja (listopad to 120 km, grudzień to 117 km, teraz styczeń z 109 km). Jedyny plus to, to że w ogóle w miarę regularnie biegam. I bieganie w śniegu w styczniu to też zupełnie inne bieganie niż bieganie np. w listopadzie. Jeszcze się tylko pocieszam, że decydujące treningi przede mną… luty i marzec to dobry czas, żeby wyszlifować formę. Przyszły weekend to Bieg Wedla w Parku Skaryszewskim… wtedy też się powinno trochę rozjaśnić jak tam z moją formą.

Nie wiem czy już zauważyliście ale w dniu Orlen Marathonu odbędzie się również bieg na 10 km. Pakiet startowy kosztuje z tego co pamiętam w tym momencie 39 PLN. Biorąc pod uwagę, że w pakiecie jest techniczna koszulka Asicsa to podobnie jak w przypadku pakietu startowego na maraton (49 PLN) jest to całkiem niezła cena.

W ostatnim tygodniu na Bieganie.pl pojawił się artykuł, w którym jednoznacznie zostało skrytykowane przechodzenie w marsz w czasie naszych treningów. Ja tak jak wcześniej pisałem praktykuję krótkie przerwy na energiczny marsz przy treningach powyżej 1,5 h (zgodnie z radą autora planu). Nie zamierzam z nich rezygnować… i mam nadzieję w kwietniu pokazać, że i przy takim treningu można przebiec maraton w nienajgorszym czasie.

Ostatnio zwróciłem uwagę, że za dużo się zastanawiam nad tym czy nastawić się na to, żeby przebiec maraton w 4:15, 4:05 czy poniżej 4 godzin. W ten sposób za bardzo zaczynam się martwić wynikiem a za mało się cieszę samym bieganiem. Niby między 3:59 a 4:04 nie ma aż takiej dużej różnicy (jest ona raczej symboliczna i tkwi w naszej głowie) a jednak jest coś takiego, co sprawia, że bardzo różnie wartościujemy te wyniki. Przejść przez plan treningowy bez kontuzji, ukończyć maraton poniżej 4:15 – to już powinno dla mnie być powodem do radości… a tak niestety teraz tego nie czuję.

Marudzenie, marudzeniem… ale na trening dziś trzeba wyjść :)