Obolały… ale zadowolony!

Po ponad 7 tygodniach przerwy od biegania 25 grudnia wznowiłem aktywność biegową. Jeszcze w niedzielę rano zastanawiałem się czy wyjść pobiegać (poprzedni tydzień chorowałem)… coś mnie jednak podkusiło i wybrałem się na 4 kilometrową przebieżkę. Biegłem truchtem (wolnym do tego) a tętno w 2 zakresie… no cóż można było się spodziewać takiego spadku formy. Ale za to po biegu już dotleniony, czułem się wyjątkowo dobrze – w końcu nastąpił powrót do nałogu.

Kolejny dzień biegania (czy truchtania – jak kto woli) to poniedziałek. I znów 4 km… samopoczucie podobne do tego dzień wcześniej.

We wtorek zrobiłem sobie przerwę… ale głównie po to, żeby zagrać w squasha (z przerwami ale ponad godzinę spędziłem na korcie), do tego doszły łyżwy (na których nie jeździłem już ponad 10 lat) więc nic dziwnego, że dziś rano obudziłem się sponiewierany. Wczoraj warto jeszcze może dodać kupiłem kijek do automasażu tzw. The Stick (model Marathon). Ludzie sobie chwalą tę zabawkę… zobaczymy w praktyce.

Dziś (tj. w środę) mimo ogólnego połamania (ahh te kochane zakwasy) stwierdziłem, że może warto spróbować się trochę rozruszać poranną przebieżką. Przy okazji postanowiłem sprawdzić jedno z miejsc, które liczyłem na to, że będzie mi pasować do trenowania podbiegów. Jak się okazało miejsce to niestety nie spełnia moich wymogów… ale udało mi się w pobliżu domu (mniej więcej 2 km od domu) znaleźć kilka pagórków, gdzie zamierzam w przyszłości ćwiczyć podbiegi.Ponadto w związku z tym, że dopisywała dziś aura – pięknie świeciło słońce przez co było całkiem ciepło – trochę przedłużyłem swoje wyjście i wyszło 8 km. 8 km wolnym tempem a czułem się znacznie bardziej obolały niż po 10 km przebiegniętych dwa miesiące temu w tempie o 2 minuty szybszym (na 1 km).

Dziś jeszcze wieczorem sauna w ramach regeneracji – a kolejne wyjście biegowe zapewne w piątek (czwartek wolny, żeby moje mięśnie doszły do siebie).