Debiut w triathlonie – relacja z Piaseczna

logo_git_piasecznoMinęły już prawie 2 tygodnie a ja do tej pory nie miałem dłuższej chwili, żeby na spokojnie usiąść i spisać moje wrażenia z debiutu w triathlonie. Czas to zrobić, bo wkrótce część wspomnień ucieknie…

PRZED IMPREZĄ

Do debiutu w triathlonie podszedłem… niezbyt dobrze/słabo przygotowany/nieprzygotowany. Nie wiem które z tych wyrażeń najlepiej oddaje moją sytuację. Fakty są takie, że trochę zabrakło wolnego czasu na przygotowania. Bieganie – wiadomo dyscyplina główna więc nie trzeba było specjalnie się przygotowywać (poza treningami zakładkowymi, kiedy po rowerze biegałem). Rower? Przemilczę liczbę kilometrów przejechanych na moim góralu (więcej czasu chyba spędziłem w ostatnich miesiącach na zajęciach na rowerku stacjonarnym). Pływanie? Tutaj trochę lepiej niż w przypadku roweru – ale też nie udało mi sie zrealizować swoich planów (wcześniej zakładałem, że zapiszę się na parę zajęć z trenerem, żeby poprawić swoją technikę).

Ale nie jechałem do Piaseczna walczyć o wynik… tylko bardziej w celach rozpoznawczych (żeby zobaczyć co sprawia, że w Polsce robi się ostatnio mały boom na ten sport), więc mimo niedostatecznych przygotowań nie rezygnowałem ze startu.

Parę dni przed startem łapał mnie już lekki niepokój. Przede wszystkim martwiłem się czy wezmę ze sobą wszystko na zawody. Przeczesywałem różne poradniki i strony internetowe doczytując jak należy się zachować w strefie zmian, co wziąć ze sobą na start. Tych rzeczy jest cała masa! Dlatego pierwszy triathlon chyba dla każdego będzie się łączył z lekkim stresem przedstartowym.

DZIEŃ STARTU

Stresu było też trochę w dniu startu. Lekkie problemy z ładowaniem roweru do samochodu, później problem z przednim hamulcem (który na złość uwziął się, żeby blokować koło) już po dojechaniu na miejsce. Ojjj ciężko było zachować spokój w takich warunkach. Wydawało mi się, że mam zapas czasowy żeby odebrać pakiet startowy i umieścić rower w strefie zmian… ale ostatecznie wszystko wyszło na ostatnią chwilę. Dobrze, że nie wpadłem na pomysł zaparkowania samochodu przy stadionie, przy którym doradzali parkować organizatorzy… wtedy to dopiero byłyby problemy.

W ubranie pianki czekałem tak naprawdę do ostatniej chwili, bo tego dnia w Piasecznie było wyjątkowo gorąco (jak na złość pogoda zaserwowała pierwszy taki upalny weekend w tym roku). Pianka sprawnie założona, kostki i nadgarstki wysmarowane oliwką (żeby później lżej zdjąć piankę)… gotowy do wejścia do wody :) Muszę przyznać, że wcześniej nie pływałem w piance w wodach otwartych (bo piankę wypożyczyłem i miałem dopiero dostępną na kilka dni przed startem)… ale na szczęście nie wprowadziło mnie to w dodatkowy stres. Po wejściu do wody było o dziwo całkiem ciepło (to chyba kwestia niewielkich rozmiarów zbiornika, w którym pływaliśmy). Ale żeby nie było tak dobrze – pierwsze niemiłe zaskoczenie – nie wiem jakim cudem ale okularki po zanurzeniu głowy zaczęły mi przeciekać… W tym momencie bardziej niż o wynik pływania martwiłem się czy przypadkiem nie stracę soczewek kontaktowych w czasie pływania ;) Ledwo co wszedłem do wody… a usłyszałem, że już wkrótce start. Ustawiłem się z tyłu stawki, żeby nie blokować szybszych… i nie wpaść w ten sławny kocioł startowy (w którym to co chwile się dostaje się kopnięcia bądź szturchańce łokciem).

PŁYWANIE

No i ruszamy! Zacząłem kraulem. W piance płynęło się dość dziwnie, po kilkudziesięciu metrach musiałem znów poprawić okularki. W ogóle to pływanie było dziwnym odczuciem… co chwilę zanurzanie głowy w ciemną wodę (w której z 40 cm nie widać było swoich dłoni). Oddychanie wychodziło mi tylko na 2 oddechy. Technicznie czułem, że płynę jak łamaga… nie wiem co, ale coś mnie blokowało w tym pływaniu. Dopływamy do pierwszej bojki… i jakie moje zdziwienie, kiedy się okazało, że jest tam na tyle płytko, że w tłumie wiele osób po prostu idzie. Ja w tym momencie tylko się cieszyłem, że nie wpadła na mnie grupa najszybszych pływaków (a było to możliwe, bo na pierwszym odcinku do wykonania było półtora pętli). Płynęło się całkiem nieźle… do żabki zdarzyło mi się przejść kilka razy (w momencie poprawiania okularków), ale znacznie rzadziej niż się spodziewałem.  Największy tłok był w momencie przepływania pod mostkiem… trudno mi sobie wyobrazić co sie tam musiało dziać w czołówce (było tam naprawdę wąsko). Przepływając pod mostkiem byłem w sumie zdziwiony, że już wkrótce wyjście z wody…

ROWER

Wyjście z wody wyszło całkiem nieźle. Nie czułem się specjalnie źle z powodu zmiany pozycji z poziomej na pionową. Kiedy dotruchtałem do strefy zmian (rozsuwając w międzyczasie piankę) byłem zdziwiony, że jeszcze tyle rowerów w niej stoi (przed pływaniem się obawiałem, że mogę wyjść z wody w końcówce) Niestety chyba to zadowolenie sprawiło, że zbyt mało się spiąłem, żeby w strefie zmian przyszykować się szybko na jazdę na rowerze. Nawet stojąc gotowy jeszcze sprawdzałem czy wszystko aby na pewno ze sobą mam… w ten sposób dobrego czasu w strefie zmian się nie zrobi! Wyjechaliśmy i się zaczęło… w sumie tego się mogłem spodziewać – jadąc na góralu byłem łatwym łupem nie tylko dla osób jadących na rowerach wartych kilkanaście tysięcy, ale również dla osób jadących na zwykłej szosówce. Motywacyjnie to dobrze nie działało… ale tłumaczyłem sobie, że dzięki temu na bieganiu będzie kogo wyprzedzać ;) Po kilku kilometrach musiałem zrobić jeszcze postój… bo się okazało, że sztyca zaczęła mi opadać do ramy (wsadzając rower do samochodu wyjąłem całkowicie sztycę i później nie wystarczająco mocno zacisnąłem zacisk… zupełnie zapomniałem, że z tym zaciskiem bywają takie problemy). Dzień przed startem wczytywałem się w zasady dotyczące zakazu draftingu… na trasie miałem wrażenie, że wiele osób z tych zasad sobie nic nie robi (na to zwracają uwagę też inni uczestnicy w swoich relacjach).

Najgorsze w jeździe na rowerze było to, że tak od początku drugiej pętli zaczęły boleć mnie plecy. Oj tak – wychodzi zła pozycja na rowerze plus brak dłuższych treningów. Żeby sobie ulżyć co jakiś wstawałem na pedały, żeby trochę mocniej przycisnąć i przyspieszyć i na chwilę odciążyć plecy. Ale żeby same bolące plecy nie wystarczyły miejscami zrywał się jeszcze mocny wiatr, który również utrudniał jazdę. Kiedy zawracaliśmy z powrotem na drugiej pętli sprawdzałem ile osób jedzie za mną… oj zbyt dużo takich zawodników już nie było. Na rowerze trochę się pomordowałem… ale w końcu przejechałem cały odcinek (45 km). Bardziej niż nogi zmęczyłem plecy…

BIEGANIE

Autor: ekipa ze sklepu Sport Guru

Autor zdjęcia: ekipa ze sklepu Sport Guru

Bieganie to mój sport. Bieganie to moja silna strona (przynajmniej w porównaniu z pływaniem i rowerem). Na bieganiu pewnie nadrobię trochę czasu… Fajnie czynić takie naiwne założenia przed wyścigiem ;) W praktyce bieganie okazało się największą męczarnią. A wszystko za sprawą bolących pleców :/ Na początku wydawało się, że nawet nie będzie tak źle – pierwszy kilometr w okolicach 4:45 (to pewnie za sprawą kibiców, w tym m.in. Sportowej mamy, która mnie wypatrzyła). Później drugi i trzeci kilometr w okolicach poniżej 5:30. A więc jest ciężko, ale nie ma tragedii. Gorzej już było na kolejnych kilometrach, kiedy czas się zbliżył się koło 6 minut na kilometr. Biegło mi się coraz ciężej. Nie pomagało też mocno świecące słońce. Trasa była naprawdę wymagająca (dużo piasku i szuter, zero asfaltu)… co też widziałem po innych uczestnikach (wiele osób przechodziło do marszu). Ostatni raz tak na biegu bolało na debiucie maratońskim… Naprawdę było ciężko, dlatego w pewnym momencie już przestałem myśleć o czasie a postawiłem sobie jako cel honoru utrzymanie truchtu (nie brzmi to dobrze, co?). Na ostatnim kółku (biegliśmy po pętli o długości 2,5 km) do tego łapały mnie silne kolki :/ Ale udało się… po ponad godzinie dotarłem na metę. Męczyłem się na trasie… ale stwierdziłem, że chociaż finisz będzie dobrze wyglądał. A na finiszu czekała górka z piasku… po której mój sprint bardziej przypominał taniec w piasku ;)

triathlonWpadłem na metę… i cieszyłem się, że już po wszystkim :)   W momencie przekraczania linii mety nawet nie spojrzałem dokładnie na czas, następnego dnia się okazało, że to 3:21:44.

PODSUMOWANIE

Po analizie wyników (na podstawie pliku, który przygotował Marcin) okazało, że na 447 osób, które dotarły do mety (zapisanych było 500 osób, kilkadziesiąt w ogóle nie zgłosiło się na start, kilka nie ukończyło zawodoów) ukończyłem zawody na 414 miejscu.  Pływanie mi zajęło 22:28 – szczerze pisząc nie spodziewałem sie tak dobrego czasu – i był to 368 wynik. Guzdranie się w strefie T1 zajęło mi tyle czasu, że nawet lepiej nie wspominać ;) Rower to 01:45:40 i 433 miejsce (czyli zostały za mną inne osoby jadące na rowerach górskich).  W strefie zmian T2 poszło mi już trochę lepiej niż w T1… ale jest nad czym pracować :) Bieganie skończyłem z masakrycznie słabym czasem… 65:31 (na 10,5 km)… ale i tak ten wynik to 339 czas wśród wszystkich startujących (więc bieganie poszło relatywnie najmocniej).

Co do swojego wyniku to nie mam prawa być zaskoczonym… wiedziałem, że na takim dystansie głównie wyniki zależą od roweru.

Ale tak jak pisałem na ten triathlon jechałem głównie w celach rozpoznawaczych….więc czy triathlon mnie oczarował? Nie wiem, trudno powiedzieć to po tym starcie (chyba trudno być oczarowanym po starcie, w czasie którego przez dłuższy czas bolały plecy ograniczając jakąkolwiek przyjemność). Jedne co wiem, że do startu w triathlonie naprawdę trzeba dużo czasu poświęcić na treningi. Mnie tego wolnego czasu w życiu brakuje (tak słyszałem, ostatnio że wystarczy wstawać o 5 rano i będzie czas na treningi… tylko, że z mojej perspektywy życie nie może się ograniczać tylko do treningu, pracy, snu)… stąd chyba nieprędko znów wystartuję w triathlonie (jeśli w ogóle). Trochę mam żal, że nie mogłem być lepiej przygotowany do debiutu (chociaż mogłem skombinować rower szosowy)… może wtedy moje pierwsze zetknięcie z tym sportem miałoby inny charakter. Z drugiej strony cieszę się, że w ogóle miałem możliwość takiego startu i posmakowania choć trochę co oznacza triathlon :)

I jeszcze jedno muszę napisać: po tym starcie mam podziw dla wszystkich triahtlonistów – bo ten sport to naprawdę wymagająca dyscyplina!