Relacja z 25 Biegu Niepodległości w Warszawie (2013)

    mnBieg Niepodległości to dla mnie bieg szczególny. Z tego względu, że odkąd biegam każdego roku byłem na ten bieg zapisany… Co nie oznacza jednak, że z każdym razem w nim startowałem. Niestety 2 lata temu na tydzień przed Biegiem Niepodległości złapałem na innych zawodach (Praskiej Dziesiątce równie fajnej imprezie) kontuzję, przez co oddałem swój pakiet startowy komuś innemu. W zeszłym roku (2012) w czasie BN dość niespodziewanie ustanowiłem swoją nową życiówkę na 10 km (dość niespodziewanie, bo pobiłem wcześniejszą o blisko 90 sekund, a jeszcze parę godzin wcześniej bawiłem się na imprezie do samego rana, więcej szczegółów tutaj). Tym razem też się nastawiałem na bicie życiówki…

W okolice startu planowałem przybyć na 10:30 (byliśmy wtedy ustawieni z innymi Blogaczami na fotkę przed zawodami)… niestety nie do końca dobrze zaplanowałem dojazd, trochę też więcej czasu zajęło mi parkowanie w Arkadii przez co w okolicy startu dotarłem około 30 minut przed biegiem. Krótka rozgrzewka (około 1,5 km truchtu, do tego rozciąganie dynamiczne) wraz z siostrą Magdą, która również startowała w biegu… i byliśmy gotowi na start. Ja jeszcze w międzyczasie zahaczyłem o jedną ze szkół, żeby skorzystać z toalety i spotkałem tam bardzo miłych i chętnych do pomocy wolontariuszy (brawa!). A później można było już spokojnie ustawić się w strefie startowej…

Po raz pierwszy w Biegu Niepodległości były wyznaczone odrębne zamkniętę strefy startowe (których start następował z kilkuminutowym opóźnieniem). Dzięki czemu na trasie było zdecydowanie luźniej i po biegu specjalnie nie trzeba narzekać na VIP’ów z pierwszej strefy, którzy tamowali szybszych biegaczy (mnóstwo krytycznych komentarzy w tej sprawie można znaleźć w relacja z zeszłorocznego biegu). Było luźniej… ale dalej nie było idealnie. Ja niemal przez cały bieg musiałem się miejscami dosłownie przedzierać do przodu. Pierwszy kilometr przebiegłem niemalże w idealnym tempie 4:49 (planowałem 4:45 a później na kolejnych kilometrach przyspieszyć). W biegach na 10 km grunt to spokojny początek… mnie udało się nie spalić więc bieg zapowiadał się dobrze. Biegnąc w podobnym tempie, ale bez omijania chmary zawodników liczyłem na to, że na 2 kilometrze trochę przyspieszę (do planowanych 4:36), a tu tylko 4:43. Chyba za bardzo się czaiłem bo kolejny kilometr 4:42… ale za bardzo się tym nie przejmowałem w czasie biegu bo liczyłem, że na nawrocie nadrobię swoje. 4 i 5 kilometr trochę szybciej (mimo przedziernia się przez zwalniających biegaczy), na półmetku wyglądało, że 47 minut zostanie spokojnie złamane… ale miałem apetyt na więcej.

Szósty kilometr (na którym podczepiłem się pod jedną z wyprzedzających biegaczek)  w optymalnym tempie 4:36, którego niestety dalej nie utrzymałem. 4:46, 4:39 i 4:44 to czasy kolejnych kilometrów. Przede mną został tylko jeden kilometr… na którym wcześniej planowałem przycisnąć, ale zdecydowanie zabrakło sił. Zamiast przyspieszać ja tylko czekałem kiedy będzie meta. W okolicach Anielewicza trochę zacząłem cisnąć, nagle wbiegł przede mną jakiś biegacz (wyprzedzając mnie) po czym zwolnił, żeby przybijąc piątki kibicom. Tak mnie to wkurzyło (zupełnie nieadekwatnie do całej sytuacji… ale to widać dopiero jak się ochłonie), że sam ostro wyrwałem do przodu (niemalże sprintem) i zacząłem wyprzedzać kolejne osoby. Sprint był jednak przedwczesny, bo na 100-150 metrów znowu zwolniłem (organizm odciął energię) i doczłapałem się do mety. Co chwilę zerkałem na Garmina, żeby zobaczyć do jakiego czasu zejdę… 47 minut na szczęście złamałem. Ostateczny mój wynik to 46:56 (nowa życiówka pobita o ponad 30 sekund!) :)

Po biegu miałem wrażenie jakbym mógł się bardziej postarać… jakbym był za mało zmęczony. Z drugiej strony skoro nie miałem siły na finisz na ostatnim kilometrze to może dobrze, że wcześniej nie szarżowałem? Jakby nie patrzeć to w porówaniu z Biegnij Warszawo (po 4 tygodniach treningu, bo jeden wypadł mi przez chorobę) poprawiłem się o ponad 2 minuty. Średnio rzecz biorąc przebiegłem każdy kilometr 12 sekund szybciej… czyli jak na miesięczny trening to niezły progres :) Mam takie wrażenie jakbym był w połowie treningu na bieg na 10 km… forma jeszcze przede mną :) Tylko, że grudzień to chyba z racji pogody kiepski miesiąc na bicie rekordów…

fiat-bnw13_01_mp_20131111_120718_2

Co do zdjęć z biegu to pierwsze galerie są już dostępne na serwisie Maratonczyk.pl. A poza tym za parę dni każdy zawodnik powinien mieć możliwość znalezienia swojego zdjęcia (na podstawie nazwiska bądź numeru startowego) w serwisie Fotomaraton. Póki co zapraszam chętnych do obejrzenia dosłownie kilku zdjęć z mojej fotorelacji

A na koniec do obejrzenia film nakręcony w dniu biegu. Polecam :)