38. PZU Maraton Warszawski – relacja

Ci, którzy śledzą moje dzieje biegowe od paru lat wiedzą, że zwykle lato to przerwa w blogowaniu i regularnym bieganiu. Z różnych powodów: kontuzji, spadku motywacji, słabego samopoczucia przy bieganiu w wyższych temperaturach (nie będę się zagłębiał w tematu ale fizjologicznie temat nie do przeskoczenia), większy nawał pracy. Z tego powodu nigdy dotąd nie udało mi się w miesiącach wakacyjnych czy na jesieni przebiec półmaratonu (a co dopiero maratonu). Podobnie zapowiadało się tym razem, bo pod koniec czerwca zostałem szczęśliwym tatą Aleksandra :)

Tym, którzy mają dzieci nie muszę tłumaczyć jak małe dziecko potrafi poprzewracać w życiu :) Tym, którzy jeszcze dzieci nie mają trudno będzie to zrozumieć – to trzeba odczuć na własnej skórze. Musiałem z wielu rzeczy zrezygnować, ale okazało się że bieganie przy odrobinie silnej woli m i wyrzeczeń można kontynuować… Na pewno nauczyłem się dobre wykorzystywać wolny czas (nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się wyjść na trening po godzinie 23:00 – przy małym dziecku okazało się, że czasami trzeba być bardziej elastycznym jeśli chce się wyjść pobiegać ;)

Pomijając ten przydługi wstęp: coś, co wydawało mi się nierealne parę miesięcy temu – regularne treningi i długie wybiegania w lato przy małym dziecku jednak udało mi się zrealizować. Dlatego najpierw nieśmiało zacząłem myśleć… a później zdecydowałem się na swój pierwszy jesienny start w maratonie (tutaj serdeczne podziękowania dla jednego ze sponsorów 38. PZU Maratonu Warszawskiego: firmy Adidas, która podarowała mi pakiet startowy – gdyby nie Wy to nie jestem pewien czy uwierzyłbym, że dam radę się przygotować).

Dzień startu

Zabawne bo planując wrześniowy start obawiałem się upałów. Ostatnimi czasy we wrześniu słońce w weekend potrafi nieźle przygrzać (nawet z 2 tygodnie przed biegiem mieliśmy upały koło 30 stopni). Tymczasem w dniu startu wychodząc z domu po 7 rano na termometrze w samochodzie zobaczyłem aż 4 stopnie Celsjusza. Lubię biegać w niskich temperaturach więc niespecjalnie mnie to zmartwiło :) Na start dotarłem z dużym zapasem czasu – wręcz czekałem z 15 minut, żeby się przebrać. Finalnie trochę źle to wszystko zaplanowałem – po rozgrzewce wpadłem na start właściwie w ostatniej chwili (przez co trafiłem do sektora bliżej 4:10 niż 4:00).

Jaki miałem plan na start?

Przy długich wybieganiach z reguły biegałem w okolicach 5:41 min na kilometr co odpowiada tempu na 4 godziny w maratonie. Biorąc pod uwagę, że na treningach raczej biega się wolniej niż w tempie maratońskim to powinienem biec na wynik co najmniej 3:55. Wcześniejsze starty nauczyły mnie respektu do maratonu, więc stwierdziłem, że lepiej zacząć biec na 4 h i ewentualnie gdyby zostały siły to po 30 km przyspieszyć. Planowałem przebiec 2 połowy w miarę równomiernie.

Jak wyszła realizacja planu?

Mimo, że startowałem z dalszej strefy poniesiony przez tłum przebiegłem pierwszy kilometr w okolicach 5:30 – trochę za szybko. Kolejne kilometry aż do 5. wyszły trochę wolniej. Samopoczucie bardzo dobre, pogoda idealne, czas szybko mija – jest dobrze. Na wszystkich punktach z wodą starałem się choćby trochę napić i przy okazji polać się wodą. Po 7 kilometrach zjadłem pierwszy żel.

Mimo wcześniejszych prognoz, które zapowiadały raczej pochmurną pogodę słońce dość intensywnie świeciło. Biegłem bez czapki… i tak w okolicach 8-9 kilometra zacząłem się powoli martwić czy nie był to błąd strategiczny. 13. kilometr to zbieg – nie szalałem i nie przyspieszyłem poniżej tempa 5:30. W tych okolicach zacząłem też czuć niepokojący ból w lędźwiach. Pomyślałem sobie wtedy: „aha – jeśli już teraz zaczynam tam coś czuć to, co się będzie działo za 5-10 km?”.  Po 15. kilometrze zjadłem drugi żel. Samopoczucie dalej dobre, tempo utrzymywane bez problemu, co ważne brak wiatru w twarz. Półmetek w Łazienkach minięty w czasie 2:00:06 – więc wszystko pod kontrolą.

Po 23. kilometrze zjedzony trzeci żel. Parę kilometrów dalej przy Moście Świętokrzyskim mignął mi kibicujący Paweł (autor bloga Paweł Biega).  Na samym Moście Świętokrzyskim złapała mnie pani z mikrofonem i kamerzystą i udzieliłem biegnąc krótkiego wywiadu (nie wiem tylko komu – więc nie wiem czy to jakaś telewizja zbierała materiał czy może organizatorzy do filmu podsumowującego bieg). Chwila rozmowy… i wstąpiły we mnie nowe siły :)

Jesteśmy już po prawej stronie Wisły – mamy za sobą około 27 kilometra więc nic dziwnego, że coraz więcej ludzi przechodzi do marszu. Na mnie to działa motywująco widząc, że wyprzedzam kolejne osoby. Jest dobrze :) Zwykle na maratonie to był moment kiedy mnie zaczynało odcinać. Po 29. kilometrze zjedzony ostatni już, czwarty żel. Krótki podbieg, zbieg, znów podbieg – nie jest źle, nie przechodzę do marszu. Na Moście Gdańskim dobrze bo nie wieje :) Utrzymywanie tempa wymaga większego wysiłku ale samopoczucie jeszcze całkiem niezłe. Mam wrażenie, że już tylko 10 kilometrów :)

W okolicach Dworca Gdańskiego kolejny lekki podbieg – jest już trochę ciężej ale dalej biegniemy bez  żadnych przerw. Na placu Wilsona niestety nie udało mi się wypatrzeć Hani z kolei kilkaset metrów dalej wypatrzył mnie Krasus nawołując przez megafon „Przemysław Rosa nie śpimy!” – dzięki za zastrzyk energii :)

1Było coraz ciężej… ale do mety niecałe 7 km. Na ulicy Gwiaździstej miałem zrobione zdjęcie obok – niesamowite, że na 36 kilometrze maratonu jeszcze się tak uśmiechałem ;) Sił było coraz mniej – widziałem, że jeśli na ostatniej prostej (4 km) nie przyspieszę to 4:00 nie złamię… z drugiej strony wynik parę minut wyższy też mnie satysfakcjonował więc niespecjalnie się martwiłem.

„A miało być tak pięknie…” (parę godzin po maratonie w telewizji natknąłem się na Kilerów dwóch gdzie śpiewał tak Kuba Sienkiewicz)

Powoli zacząłem zwalniać. Zaczęły mnie też wyprzedzać kolejne osoby. Najbardziej się zdziwiłem widząc jednego pana biegnącego z butami w rękach (jak stwierdził buty okazały się do dupy). Na 37 kilometrze stwierdziłem, że na chwilę muszę przejść do marszu… Nie żeby bolały nogi – problemem był ból mięśni brzucha, kolka w okolicach płuc, ból lewego ramienia. Nagle posypało się wszystko. Między 37 a 39 jeszcze trochę truchtałem… później niestety głównie maszerowałem. Nie wiem co bardziej bolało – to, że nie mogę się zmusić do truchtu bo bolą mnie mięśnie brzucha/pleców (nic związanego z żołądkiem w każdym razie) czy to, że wyprzedzają mnie masy ludzi a sam tracę szansę na poprawę wyniku. Ostatni podbieg – a tam grupa kibiców: moja siostra oraz reprezentacja Smashing Pąpkins - znów chwilowo dostałem zastrzyku energii, podbieg pokonany… ale później zabrakło mocy, że truchtać zbiegając w dół.

Ostatnie dwa kilometry zapamiętam dobrze z powodu rzucanych przeze mnie przekleństw i jęków – tylko to mi pozwalało truchtać mimo bólu. Generalnie wtedy było mi wszystko jedno – wiedziałem już, że życiówki znacząco nie poprawię (a może wcale nie poprawię) – więc po co się męczyć? Ostatnie 200 metrów z kibicami… zamiast mi to pomagać tylko mnie dobijało, bo nie byłem w stanie się zmusić do finiszu tylko wolnym truchtem zbliżałem się do mety.

4:15:35 to oficjalny wynik na mecie :/

Przemek vs. maraton uliczny – 0:3. Dlaczego się czuję taki rozczarowany? Pewnie dlatego, że przygotowałem się do tego biegu znacznie solidniej niż do poprzednich startów (szczegóły na samym końcu tekstu, poniżej zdjęć) a nawet nie udało mi się poprawić życiówki. W kwietniu sobie obiecywałem, że następnym razem muszę się lepiej przygotować bo nie chcę znów przechodzić męczarni na ostatnich 12 kilometrach… tym razem poprawiłem się bo skończyło się 5,5 km męczarni…

Z jednej strony powinienem mieć satysfakcję z tego, że to pierwsze lato, w które odkąd biegam, biegałem regularnie, że udało mi się przygotować do jesiennego maratonu… z drugiej strony po takim wyniku trudno nie mieć wrażenia „po co to wszystko jak kilka miesięcy temu prawie nie biegając wykręciłeś lepszy czas?”.

Na koniec:  wielkie podziękowania dla mojej ukochanej Anety (bez której nie byłoby w ogóle tego startu), dla Magdy i Czarka (za kibicowanie i wsparcie na biegu).

2

3

4

PS. Zwykle się czyta, że trening popłaca…

Popracujesz na treningach to masz jak w banku, że na zawodach to zaprocentuje. Jak to wyszło u mnie?

Maraton wiosenny (Orlen): w styczniu startowałem praktycznie z zerową formą (pamiętam, że pod koniec grudnia na siłowni męczyłem się na bieżni o 5-6 km). Przez ostatnie 3 miesiące przed maratonem przebiegłem: 229 km (z czego część na bieżni mechanicznej na siłowni). Do maratonu się nie przygotowywałem – wystartowałem dość spontanicznie (brałem pod uwagę okoliczność, że wraz z narodzinami dziecka w czerwcu na jakiś czas będę zmuszony zawiesić bieganie). W tym czasie przebiegłem 2 półmaratony. Generalnie w 3 miesiące zrobiłem 5 długich wybiegań (co najmniej 80 minutowe biegi). Na maratonie ze zmęczenia już od 29 km przechodziłem do marszu. Finalny czas 4:14:14.

Maraton jesienny (PZU Maraton Warszawski): po maratonie kwietniowym nie robiłem przerwy od biegania – czułem się dobrze, miałem zapas do biegania więc biegałem regularnie. W maju i czerwcu koncentrowałem się na szybkości – na Biegu Marszałka w Sulejówku zszedłem do około 48:30 (30 sekund do życiówki na dychę). Przez ostatnie 3 miesiące przed maratonem przebiegłem: 382 km (zero biegania na bieżni mechanicznej. wzrost kilometrażu vs. wiosenny maraton o 65%!). W tym czasie przebiegłem na zawodach raz 20 km (Puchar Maratonu Warszawskiego) i raz półmaraton.  Generalnie w ostatnie 3 miesiące zrobiłem 10 długich wybiegań (co najmniej 80 minutowe biegi). Na maratonie do 37 kilometra cały czas biegłem. Finalny czas: 4:15:35.

Dodam, że obydwa biegi były porównywalne pod względem pogody (można by rzec, że na Orlenie było trudniej bo był mocniejszy wiatr). Oba biegi biegłem podobnie taktycznie – podobny międzyczas w połówce dystansu. Waga startowa na tym samym poziomie. Ktoś skomentuje mój słaby wynik z wczoraj?