8. Półmaraton Warszawski – relacja

Preludium

Jeszcze tydzień przed półmaratonem zastanawiałem się czy w ogóle dam radę wystartować. Jakieś pechowe te półmaratony dla mnie. Rok temu coś mnie rozłożyło na parę dni przed zawodami, ale jakoś się pozbierałem i średnio ale pobiegłem. W tym roku zbuntował się kręgosłup. Zbuntował się najprawdopodobniej po czwartkowym treningu, kiedy to zrobiłem 15 km w większości po lesie w śniegu (zbiegi i podbiegi, dużo niestabilnych fragmentów – to wszystko zrobiło swoje). W rezultacie przez kilka kolejnych dni nawet przewrócenie się w łóżku na drugi bok stanowiło problem i wiązało się z bólem. Uratowała mnie wizyta w Ortorehu. Kręgosłup może nie przestał nagle boleć… ale znacznie się poprawiło. Minęło jeszcze parę dni i było już prawie w porządku. Prawie… dlatego jeszcze dzień przed startem obawiałem się czarnych scenariuszy typu: jestem na 14 km i nagle muszę stanąć bo mój kręgosłup mówi „nie! dalej już nie biegniesz!”.

W ogóle ten marzec był jakiś pechowy treningowo. Po 30 km treningu, który zrobiłem 4 tygodnie przed półmaratonem musiałem się oszczędzać z powodu bolącego Achillesa. W momencie, kiedy już wróciłem do dobrej dyspozycji przytrafił się ten problem z kręgosłupem i znów przerwa i co najwyżej basen z siłownią. Tak to wszystko niewesoło wyglądało, ale w końcu nadszedł…

Dzień startu

Obudziłem się już o 5:50. Budzik nie był potrzebny :) Już w domu czułem, że jestem pełen pozytywnej energii i mam dużo sił przed zbliżającym się biegiem. W okolice Stadionu Narodowego dotarłem koło godziny 9. Zostawiłem rzeczy na przebranie w depozycie i wziąłem częściowo udział w rozgrzewce organizowanej przed biegiem (brawa dla prowadzącego rozgrzewkę – zdecydowanie najlepsza rozgrzewka przed biegiem jaką do tej pory widziałem). Później jeszcze potruchtałem, delikatnie rozciąganie, wizyta w toalecie i można się udawać na start. Przed startem miałem założony na siebie 120 litrowy worek na śmieci – przez co ani trochę nie zmarzłem. W ogóle wydawało mi się, że pogoda delikatnie się z nami obeszła – nawet wbrew prognozom słońce wyszło za chmur. Przed startem zostawiłem jeszcze swojej żonie rękawiczki i czekałem sygnał do biegu.

Wystartowałem z drugą grupą na 1:50. Tak wyszło, że akurat w momencie kiedy chciałem przekroczyć linię startu zatrzymano mnie, przez co kiedy startowała moja grupa ruszyłem z pierwszej linii. Ruszyłem i zdałem sobie sprawę, że zostawiłem swoją grupę znacznie z tyłu. Nie wpadłem w jakieś szaleńcze tempo dlatego trochę zwolniłem, ale nie było sensu czekać na zająca :) Pierwszy kilometr pokonany w 5:09 czyli trochę szybciej niż planowałem (dla rozgrzewki zakładałem, że pierwsze 3 km zrobię w tempie 5:20, a później przyspieszę). Trochę zwolniłem ale także przez to, że na Nowym Świecie zrobiło się tłoczno. Tłoczno było aż do momentu kiedy wybiegliśmy na Miodową. Wcześniej w okolicach placu Piłsudskiego na chwilę zdjąłem czapkę… ale szybko ją założyłem, bo jednak o ile tego dnia dało się biec bez rękawiczek (zimno było tylko przez pierwszy kilometr), to czapka była obowiązkowa.

Pierwsze kilometry jak zwykle minęły bardzo szybko. W okolicach Bonifraterskiej był pierwszy punkt z napojami – napiłem się tylko trochę wody. Później przyjemny moment trasy zbieg Konwiktorską i sąsiednimi ulicami – jak patrzę na czas poszczególnych kilometrów to szósty, siódmy i ósmy kilometr przyspieszyłem i biegłem poniżej 5 min na km. Był zbieg to i będzie… podbieg. Nie, na podbieg za wcześnie. Przed podbiegiem jeszcze chyba najtrudniejszy (psychicznie) fragment trasy – kilka kilometrów Wisłostradą. Najtrudniejszy bo monotonny. Najtrudniejszy bo z niewieloma kibicami. Najtrudniejszy bo najbardziej byliśmy tam wystawieni na wiatr. W okolicach 9 km otworzyłem i zjadłem żel. Jak zwykle starałem się znaleźć jakiś kosz, żeby nie wyrzucać opakowania po żelu na ulicę.  W związku z tym, że między piątym a ósmym kilometrem trochę przyspieszyłem wypracowałem sobie rezerwę (do zużycia na podbieg).

Bardzo fajny fragment trasy to okolice mostu Poniatowskiego, gdzie tak jak w poprzednim roku było mnóstwo kibiców. Później mniej więcej po 10 kilometrach było kolejny punkt z piciem. Na kolejnych kilometrach widzę, że niepotrzebnie rwałem tempo. Raz było 5:14, później kolejny kilometr w 4:58 i znów zwolnienie do 5:15. W okolicach Trasy Łazienkowskiej i po 12 km biegu pomyślałem sobie: o teraz się zaczyna bieg. Już niedługo się okaże, jak tam moja wytrzymałość. Wiele osób na trasie już w tym momencie zaczynało tracić siły i zwalniać.

Punkt z piciem na w okolicach 13 km sobie darowałem (przecież ledwo 3 km wcześniej piliśmy). Nieprzyjemny moment biegu to okolice ulicy Podchorążych. Nieprzyjemny bo znów się na chwilę zrobiło tłoczno. Ludzie zaczynali już zwalniać… i przez co trzeba było zużywać dodatkową energię na wyprzedzanie. Nie lubię tego w biegach ulicznych (chyba nikt nie lubi…). Przy pomiarze międzyczasu po 15 km okazało się, że mój zapas trochę się zmniejszył i wynosił 20 sekund (w porównaniu z międzyczasem, który miałem zapisany na opasce na rękę od Timexa). A to było tuż przed podbiegiem Belwederską. Na podbiegu trochę zwolniłem, nie udało mi się go pokonać tak łatwo jak w Biegnij Warszawo 2012. Wbiegłem prawie na samą górę, ale w momencie kiedy czułem że nogi się buntują pozwoliłem im odpocząć i ostatnie 20 może 30 metrów pokonałem marszem.  Zrobiłem to bo nie sztuka wbiec na samą górę a później paść. Chodzi o to, żeby pokonać podbieg w ten sposób, żeby na jego końcu przyspieszyć.

16. km na którym był podbieg pokonałem w tempie 5:41 (a więc wygląda na to, że póki biegłem utrzymywałem dobre tempo). W tym momencie już powoli się zaczynałem martwić czy uda mi się złamać 1:50. Podbieg jednak trochę mnie zmęczył… a tutaj trzeba było utrzymywać ciągle stabilne tempo. 17. km przebiegnięty idealnie bo w 5:11. W okolicach placu Trzech Krzyży spotkałem jednego z czytelników mojego bloga, który mnie dostrzegł i poznał po koszulce. Dzięki Piotrze za chwilę rozmowy – to, że spotkałem kogoś dodało mi nowej energii.

Zaczepiłem się i pilnowałem pleców Piotra, który mnie jednak zaczął stopniowo zostawiać z tyłu. Ale tempo mojego biegu się zwiększyło. Teraz widzę, że kolejne kilometr biegłem idealnie w tym samym tempie: 18, 19 i 20 kilometr przebiegnięte w 4:59. Czym bliżej byłem Stadionu Narodowego tym więcej osób widziałem, które się zatrzymywały i przechodziło do marszu. Wyprzedzanie tych i innych osób jak zwykle pozytywnie działało na psychikę.

Po 20 km byłem już tuż przy Stadionie Narodowym, pomachałem do swoich kibiców i biegłem już spokojnie po nową życiówkę. Ostatni kilometr i cały czas wypatrywałem metę. Między innymi dlatego, że miałem wrażenie, że moje siły się kończą a poza tym pamiętałem, że przez wyprzedzanie innych osób i przez nie do końca poprawny pomiar Garmina miałem na liczniku 200 m więcej niż to wynikało z oznaczeń przy trasie. Wbiegamy powoli na błonia Stadionu Narodowego. Chcę przyspieszyć, ale nie mogę. Widzę pierwszą dmuchaną reklamę, która wygląda jak meta – ale to nie koniec zostało jeszcze parę set metrów. Nerwowo zerkam na zegarek, bo do 1:50 zostało już niewiele. Po ostrym zakręcie ostatnia prosta… nagle słyszę „Przemek dajesz dajesz” (czy jakieś hasło w tym stylu – dokładnie nie pamiętam, bo na ostatnim kilometrze już ledwo żyłem) – znów dostałem kopa energetycznego i zebrałem się do finiszu przyspieszając. Wpadłem na metę i wyjątkowo nawet pamiętałem od razu zastopować Garmina -

1:49:33 (a oficjalnie 1:49:31)!

Piękny czas :) Świetny rezultat ale byłem tak zmęczony, że nie miałem sił się cieszyć. Niepotrzebnie za przykładem innych osób się schyliłem i zacząłem rozplątywać sznurówki, żeby wyjąć chip. Przez to chyba zaczął mnie łapać delikatny skurcz i kiedy wstawałem poczułem silny ból w udach.

Jak zwykle trochę czasu mi zajęło aż wróciłem do normalnego stanu świadomości. Trochę denerwowało tłum i wąskie gardło przy wejściu w okolicach depozytów. To akurat można było przewidzieć i poprawić (ciekaw jestem co się tam działo, kiedy przybiegła duża grupa na 2:00).

Odebrałem rzeczy, przebrałem się (a właściwie zarzuciłem na siebie rzeczy schowane w depozycie). Zjadłem trochę makaronu i jabłko, popiłem ciepłą herbatą. I zacząłem iść do wyjścia… początkowo wydawało mi się, że wyjdę idąc w kierunku Stadionu Narodowego, ale szybko sobie uświadomiłem, że nie tędy droga i muszę się trochę wrócić. Trochę przemarzłem idąc do Ronda Waszyngtona. Szedłem zmęczony (próbowałem podbiec, ale moje uda protestowały), ale dumny z nowej życiówki. Życiówki, poprawionej o 14 minut w porównaniu z debiutem. Wynik poniżej 1:50 to wynik, który mnie satysfakcjonuje… i sprawia, że pojawia się apetyt na kolejne życiówki (złamanie 1:45 w przyszłym roku o ile będę biegał tyle co przez ostatnie miesiące nie powinno być problemem… może pokusić się o więcej?).

Mam nadzieję, że na trasie wiele osób zaciekawiło się moją koszulką i odwiedziło stronę Helenki (moje-serce.pl), bo tak jak pisałem w tym roku biegłem przede wszystkim dla Helenki. Po tym, jak tydzień wcześniej w ogóle nie wiedziałem czy wystartuję, dużą radość sprawiało mi to, że w ogóle biegnę, że mogę się ruszać bez bólu. Wszystko ważne… ale zdrowie najważniejsze, jak to mówią :)

Sama impreza według mnie się udała. Pogoda w końcu nie była taka zła. Na starcie pojawiła się sporo grupa biegaczy (bieg ukończyły 10074 osoby). Dużo mniej niż zakładano… ale trzeba pamiętać, że wiele osób się zapisało jeszcze w zeszłym roku, kiedy na wszelki wypadek zaklepali sobie miejsce (początkowo był limit 8000 miejsc, więc wiele osób na wszelki wypadek wykupiło pakiet startowy… nie wiedząc, czy uda im się przygotować). Część osób pewnie była kontuzjowana, część przygotowywała się do zawodów na bieżni (w końcu w marcu już powinno być ciepło?), dla części osób trening do półmaratonu to było zbyt szybkie wyzwanie… i stąd taka a nie inna frekwencja.

Organizacyjnie naprawdę dobrze. Szacunek dla wolontariuszy, którzy spędzili tyle godzin na zimnie. Bardzo dużo toalet – nie było takich kolejek jak rok temu. Depozyty również bardzo sprawnie działały. Fajna rozgrzewka przed biegiem. Start wyszedł może nie idealnie, ale i tak lepiej niż rok temu (kiedy to ruszyłem z 25 minutowym poślizgiem). Pewnie można by się lekko przyczepić… ale po co? Po takim wspaniałym biegu, w którym tylu znajomych biegaczy i biegaczek pobiło swoje życiówki? :)

Ja z przodu z numerem startowym 8046

Ja z przodu z numerem startowym 8046