9. Półmaraton Warszawski – 2014 – relacja

9pmwMIAŁEM NIE STARTOWAĆ W PÓŁMARATONIE ALE…

Jeszcze na początku tego roku nie planowałem udziału w tegorocznym Półmaratonie Warszawskim. Wszystko dlatego, że zakładałem że 13 kwietnia wystartuję w Orlen Maratonie. Sprawy się trochę pokomplikowały za sprawą mojej kontuzji (skręciłem staw skokowy w połowie stycznia i nie biegałem przez 4 tygodnie, a później przez 2 tygodnie powoli się wdrażałem od nowa do treningów). Start w maratonie uznałem za zbyt ryzykowny w obliczu niedawnej kontuzji… ale nie ma tego złego – w zamian zdecydowałem, że przywitam wiosnę startując w PMW PZU :)

POPRZEDNIE STARTY

Po raz pierwszy przed startem w półmaratonie mogłem być zadowolony z samopoczucia. 2 lata temu na parę dni przed debiutem czymś się zatrułem/dopadło mnie jakieś choróbsko, które sprawiło że parę dni przed startem ledwo wchodziłem po schodach. Ale jakoś się zmobilizowałem i powoli przebiegłem swój debiut. W zeszłym roku z kolei po jednym z treningów w zaśnieżonym lesie zastrajkował kręgosłup. Przez parę dni nie mogłem się w ogóle schylać – dzięki fizjoterapeucie z Ortorehu jakoś lepiej się czułem, ale nie ma co ukrywać trochę stresu było czy przypadkiem plecy nagle nie zaczną marudzić na trasie. Tym razem przed startem czułem się naprawdę dobrze. Ostatni tydzień może był nawet zbyt obciążający treningowo (2 razy crossfit, 2 delikatnie biegi na bieżni na siłowni, zajęcia powerbike, 2 razy basen).

ROZGRZEWAMY SIĘ TEAMOWO

Rok temu w Warszawie mielismy witać wiosnę, ale kiedy startowaliśmy to na chodnikach leżał śnieg. Tym razem było zgoła inaczej. Wszystkich biegaczy startujących w niedzielę w Warszawie przywitało piękne wiosenne słońce. Na rozgrzewkę umówiłem się w Parku Skaryszewskim wraz z innymi członkami teamu Smashing Pąpkins – między innymi Ewą i Marcinem.skaryszakTrochę potruchtaliśmy, porozmawialiśmy o swoich planach startowych  i rozłączyliśmy się, bo ja musiałem zostawić swoje rzeczy w depozycie. Mimo tej wielkiej masy ludzkiej sprawnie udało mi się dotrzeć do depozytu (zero kolejek). Znacznie sprawniej niż chociażby 2 lata temu, kiedy PMW debiutował na Stadionie Narodowym. Później wyprawa na start. Tutaj znów miłe zaskoczenie bo kolejki do toalet były znikome (a to za sprawą dużej liczby toi toi). Jeszcze lekkie rozciąganie, sen o Warszawie i druga wizyta w toalecie na minutę przed startem. Na starcie zauważyłem jeszcze Daniela, kolegę ze studiów :)

DO BIEGU GOTOWI… START!

Ruszamy i… wyszedł mój błąd taktyczny. Naiwnie myślałem, że ludzie ustawiający się w okolicach baloników na 1:45 będą biegli na 1:45 (może i mieli takie plany… ale tempo początkowe w przypadku wielu osób bardziej odpowiadało tempu na 1:55 albo 2:00). Pierwszy kilometr to przedzieranie się przez tłum – nadrobiłem przez to pewnie z 80 metrów (a pierwszy kilometr pokonałem w 5:12, więc nieznacznie wolniej niż wg planu 5:07). Kolejne kilometry to Aleje Jerozolimskie i Marszałkowska – tutaj było szeroko więc można było biec bez obawy, że się dostanie przypadkowym łokciem ;) Kolejne zwężenie to ulica Królewska – tutaj miałem wrażenie, że zaraz wpadnie na mnie grupa biegnąca na 1:45 (trochę ich wyprzedziłem na początku). Tak jak patrzę dziś na kolejne międzyczasy to widać, że rwałem mocno tempo: pierwszy kilometr w 5:12 z kolei piąty w 4:51 (na tym etapie biegu to niepotrzebne przyspieszenie). Zbieg na Wisłostradę sprawił, że siódmy kilometr pokonałem w 4:36 (wg mnie nie ma sensu się powstrzymywać i hamować na zbiegach – tylko nogi można zmęczyć w ten sposób).

Na Wisłostradzie pierwszy raz można było poczuć przypiekające słoneczko. Na szczęście w zamian pogoda nie męczyła nas silnym wiatrem… więc na warunki pogodowe nie ma co narzekać :) Wisłostrada do tunelu to najnudniejszy moment trasy – kibiców prawie wcale. Mniej więcej po 7 kilometrach otworzyłem pierwszy żel (miałem niewielkie chyba 20 gramowe żel od Isostara). Po 10 kilometrach miałem czas w okolicach 50 minut, więc zgodnie z planem (z międzyczasów wychodzi mniej więcej 49:26 ale trzeba wziąć pod uwagę fakt, że ze 100 metrów nadrobiłem zbaczając z optymalnej linii biegu). Zastrzyk energii od kibiców w okolicach Mostu Poniatowskiego sprawił, że kolejne 2 kilometry pokonane w czasie około 4:50. Od tego momentu zauważyłem, że coraz więcej osób zaczyna zwalniać i słabnąć… a ja czułem moc i się zastanawiałem czy nie biegnę za wolno ;)

JEST DOBRZE ALE…

Było tak dobrze… a jednak kolejne kilometry były już trochę wolniejsze – 5:02, 5:06, 5:06. Właśnie chyba w tym momencie (jeszcze przed Agrykolą) niepotrzebnie zwolniłem i zebrałem nadwyżkę czasową, której nie zdążyłem później zredukować. Na 16 nastym kilometrze Agrykola – powoli, bo powoli ale na nią wbiegłem (ten kilometr wyszedł w 5:36, więc nie tak źle). Postęp bo na poprzednich półmaratonach na końcu podbiegów przechodziłem w marsz. Jak już wbiegłem na górę zupełnie zapomniałem o kibicujących Blogaczach – zamiast się za nimi rozglądać pomknąłem naprzód,  żeby na ostatnich 5 kilometrach wycisnąć tyle ile się da. 17. kilometr wyszedł w 5:03, wszystkie kolejne już poniżej 5:00 (najszybszy 18. w 4:46).

Trochę brakowało mi w tym momencie jakiegoś zająca – gdyby ktoś przede mną biegł może ciut łatwiej by było się przebijąć przez tłum zwalniających biegaczy. W tym momencie miałem jeszcze wrażenie, że 1:45 jest w zasięgu. Niestety nie zdawałem sobie sprawy, że w trakcie biegu zrobiłem około 250 metrów więcej. Na ostatnim kilometrze nie byłem w stanie bardziej przyspieszyć niż do 4:48. Ostatni kilometr po błoniach Stadionu Narodowego strasznie się dłużył :/ Na finisz zebrałem się na ostatnich 350 metrach – Garmin pokazuje, że biegłem wtedy w tempie z przedziału 3:30-3:40 min/km. Łączny czas: 1:45:38 (czas netto od organizatora).

ZA METĄ

Tuż za metą o dziwo nie musiałem stać w żadnej większej kolejce po medal (standard na Biegnij Warszawo czy Biegu Niepodległości). Folii Adidasa nie wziąłem bo było mi wystarczająco ciepło :) Szybko się udałem do depozytów, zmieniłem koszulkę i stwierdziłem, że korzystając z faktu, że jest niewielka kolejka na masaż skorzystam z takiej możliwości (nigdy wcześniej nie korzystałem z masażu po biegu). Później jeszcze posiłek regeneracyjny (pyszna pomidorówka, plus jabłko którego nie wziąłem) i można powoli wracać do domu (z moimi kibicami nawet nie próbowałem się umawiać w okolicach mety bo przy takiej masie ludzkiej wiem, że jest bardzo trudno się znaleźć).

PODSUMOWANIE

Bieg bardzo udany. Z dwóch względów.

Po pierwsze: moje pozytywne odczucia z biegu. Odkąd startuję w PMW za każdym razem kończę go z uśmiechem na twarzy (może biegnę zbyt zachowawczo? ;) ). Przez cały bieg wyprzedzałem kolejnych biegaczy – na końcowych kilometrach to naprawdę daje kopa. Poprawiłem życiówkę o prawie 4 minuty. 1:45 nie złamałem… ale niewiele brakowało. Tłumaczę to sobie w ten sposób, że gdyby były mniejsze tłumy to byłoby to wykonalne. Zresztą co za różnica: 1:44:59 czy wynik gorszy o 40 sekund ;)

Po drugie: super organizacja biegu. Nie wiem jak w przypadku osób, które biegły na 2:00 ale z mojej perspektywy organizacyjnie wszystko wyszło super. Sprawny start (w przypadku grupy na 1:45 i szybszych). Dużo toalet przed startem. Dużo punktów z muzyką na trasie (takie miejsca naprawdę dodają energii). Bardzo dobra woda (Magnesia) i izotoniki (Oshee). Na mecie też wszystko grało (nie odczuwało się tej ogromnej masy ludzkiej). A bym zapomniałem – błyskawiczny odbiór pakietu startowego w piątek przed biegiem… no czego chcieć więcej? Kolejny raz wielkie brawa dla organizatorów. Z roku na roku zwiększa się frekwencja… ale też widać, że organizatorzy są coraz lepiej przygotowani. Kiedy słyszę, że na kolejne lata planuje się na Półmaratonie Warszawskim frekwencję rzędu 15 tys. biegaczy to jestem spokojny. Wierzę, że organizatorzy biegu sobie poradzą z taką liczbą uczestników :)

PMW to naprawdę fajny bieg… o ile nic nie stanie mi na przeszkodzie to pewnie za rok znowu w nim wystartuję!

NA KONIEC PARĘ PYTAŃ DO WAS

A jak Wasze wrażenia ze startu? Zwłaszcza ciekawią mnie opinie osób biegnających powyżej 2:00. Jak wyglądał start? Jak oceniacie bieg organizacyjnie? Jesteście zadowoleni ze swoich wyników?