Biegnij Warszawo 2013 – relacja

Biegnij Warszawo 2013 tuż przed startem - zdjęcie autorstwa firmy Canon

Biegnij Warszawo 2013 tuż przed startem – zdjęcie autorstwa firmy Canon

Kolejne Biegnij Warszawo za nami. Edycja przełomowa pod względem ilości zawodników – bieg ukończyło prawie 12 tysięcy zawodników – jest to nowy rekord pod względem liczby osób, które ukończyły polski bieg uliczny. Edycja, którą będziemy też pamiętać w związku z przykrym wydarzeniem (po biegu zmarł jeden z biegaczy – w sieci pojawiają się różne sprzeczne informacje na temat tej całej sytuacji, dlatego ja nie zamierzam powtarzać niesprawdzonych informacji). Ilu uczestników tyle relacji – taka myśl nachodzi mnie po zapoznaniu się z pierwszymi opiniami po biegu.

Ocena imprezy w dużej mierze zależy od oczekiwań, które sobie stawiali różni biegacze i od… pozycji startowej. Zupełnie inne będą odczucia osoby, która chciała miło spędzić czas i przebiec sobie rekreacyjnie w towarzystwie znajomych dyszkę, a inne osób, które planowały pobicie swojej życiówki (o co było dość trudno na krętej trasie, z łagodnym lecz dość długim jak na miejskie warunki podbiegiem na ulicy Spacerowej). Co innego powiedzą osoby, które startowały z pierwszych rzędów i biegły po w miarę luźnej trasie, a co innego biegacze, którzy startowali z środka stawki – na trasie musieli zwalniać, żeby się zmieścić na punktach pomiarowych, po wodę na 5 kilometrze czekali w kolejce, a po przekroczeniu mety stali kilkanaście minut w kolece po medale. Ja startowałem w pierwszej grupie biegaczy i stąd moje wrażenie mogą być bardziej pozytywne niż innych osób.

Ja w okolicach stadionu Legii (gdzie była baza logistyczna całej imprezy) pojawiłem się w okolicach 10:45. Problemu z parkowaniem nie miałem. Kolejek do toi toiów o tej godzinie również jeszcze nie było. Jeszcze rano przed wyjście z domu zaniepokoił mnie lekki ból w stopie… na szczęście jak rozruszałem stopę szybko minął. Krótka rozgrzewka na parkingu w rejonie Torwaru (gdzie było absolutnie pusto – piszę o tym bo widziałem już narzekania niektórych osób na to, że… nie było gdzie się rozgrzać). W międzyczasie potruchtałem żeby zobaczyć jak wygląda scena główna, szatnie etc. Już koło godziny 11:30 udałem się do sektora startowego. Końcowe minuty przed startem upłynęły bardzo szybko… wystrzał startera i ruszamy.

Początkowe 300 metrów to wyprzedzanie połączone z lekkim przepychaniem się do przodu. W okolicach oznaczenia pierwszego kilometra bardzo się zdziwiłem bo GPS już mi pokazuje, że nadrobiłem kilkadziesiąt metrów (a może nawet ponad 100 m? nie pamiętam dokładnie). Nie wiem jak to zrobiłem bo starałem się biec prosto bez większego wymijania. Czerniakowska, Chełmska, Sobieskiego – biegnę stabilnym tempem w granicy 4:40 (trochę szybko jak na początek ale czułem się dobrze, więc nie chciałem zwalniać na siłę). Podbieg Spacerową – trochę zwolniłem (jedyny kilometr, który przebiegłem w tempie powyżej 5 minut), fajnie bo wśród osób z którymi biegłem raczej nie było zbyt wielu osób, które na tym odcinku zaczynały przechodzić w marsz (później podobno takich osób było większość). Miła niespodzianka w okolicach placu Unii Lubelskiej – strefa ING (głośna muzyka, wyłożona pomarańczowa mata, strzelający obłoki dymu – duży zastrzyk energetyczny). Dobiegamy do Alei Ujazdowskich i punktu z wodą – wczoraj było na tyle ciepło, że zaschło mi w ustach i stwiedziłem, że potrzebuje kubeczka wody. Pierwsze 5 km zaliczone w czasie 24:30.

Żeby pobić swój rekord powinienem przyspieszyć – kiedy patrzyłem na Garmina wydawało mi się, że mam dobry czas tyle, że Garmin cały czas wskazywał dystans zawyżony o blisko 300 metrów. 6 kilometr i Marszałkowska – powoli czuję, że zaczynam wymiękać. Aleje Jerozolimskie – wokół wielu kibiców… więc nagle znalazły się też dodatkowe pokłady energii. W okolicach placu Trzech Krzyży znów zacząłem czuć, że opadam z sił – powinienem tutaj zacząć swój finisz a zacząłem zwalniać (tak mi się wydawało, ale po biegu jak zacząłem analizować międzyczasy okazało się, że utrzymywałem stabilne tempo). Widziałem, że na rekord już nie ma szans… więc organizm zaczął podpuszczać „a może by tak przejść do marszu?”. Nie poddałem się tej pokusie i biegłem dalej. Wreszcie upragniony zbieg Myśliwiecką… w momencie kiedy Garmin wskazał 10 km (i czas w okolicach 47:33 czyli mojego rekordu życiowego) byłem jeszcze ponad 300 metrów od mety. Na dynamiczny jak zwykle finisz nie miałem już sił (co mnie akurat cieszy bo wskazuje na to, że dałem z siebie prawie wszystko na poprzednich kilometrach) i na metę wpadłem z wynikiem 49:02.

Przekraczając metę widziałem leżącego zawodnika i słyszałem nawoływania zebranych wokół osób „gdzie jest ratownik?”. Dla mnie w tym momencie sytuacja nie wyglądała na poważną… to w sumie dość często spotykany widok, że zawodnicy padają plackiem tuż za metą po tym jak przesadzili ze swoim finiszem. Za metą jeszcze w tym momencie było dość pusto… dość szybko odebrałem medal (na pewno o wiele szybciej niż rok temu) i wodę.

49:02 – początkowo czułem rozczarowaniem tym wynikiem… po jakimś czasie zrozumiałem, że nie jest to zły wynik. Dlaczego? Po pierwsze, był to start po długiej przerwie (bieganie na dobre wznowiłem na początku września – ale w tym czasie ani razu nie przebiegłem 10 km ciągiem – zdarzały się treningi gdzie zaliczałem 10 km, ale w ramach tych 10 km należy również liczyć rozgrzewkę) – nic więc dziwnego, że wytrzymałościowo czułem się słaby pod koniec biegu (nogi nie bolały, płuca za to nie wyrabiały). Po drugie, biorąc pod uwagę, że Garmin pokazał nadprogramowe 343 metry to gdybym odliczył chociażby 200 metrów (nadprogramowe metry zawsze się zdarzają, ale żeby aż ponad 300 na dystansie 10 kilometrów?) to czas byłby niewiele gorszy od mojej życiówki. Po trzecie, moje samopoczucie było o wiele lepsze po biegu – kiedy dotarłem do mety rok temu od razu poczułem ból w udach – tym razem dyskomfort był minimalny. Po czwarte, uzyskanie lepszego wyniku utrudnił podbieg Spacerową – kiedy trenuję podbiegi zazwyczaj robię to na małych górkach, dlatego o wiele bardziej jestem przygotowany do pokonania krótszych wzniesień (vide Belwederska) ale bardziej nachylonych, a mniej do długich delikatnych podbiegów. Po piąte… dobra wystarczy już tego wyliczania. Wszystko to napisałem głównie dlatego, że parę dni temu czułem, że mam szansę na poprawienie swojego PB. To, co chciałem na koniec napisać sprowadza się do krótkiego zdania: w Biegu Niepodległości będę walczył o pobicie życiówki i czuję, że mam na to duże szanse :)

A jakie są Wasze wrażenia po Biegnij Warszawo?

Zapraszam również do obejrzenia paru zdjęć z wczorajszego biegu.