Debiut maratoński zaliczony

Na mecie Orlen Marathonu (fotomaraton.pl)

Na mecie Orlen Marathonu (fotomaraton.pl)

Jeszcze parę dni temu nie byłem pewien czy w ogóle wystartuję. Ostatni brak treningów (od PMW forma mogła tylko spadać), do tego choroba w ostatnim tygodniu… oj kusiło mnie, żeby odpuścić ten bieg. Nie odpuściłem… czy to dobrze? Oj trudno dziś na to pytanie odpowiedzieć.

Dzień maratonu zaczął się dla mnie od pobudki przed 7 rano. Śniadanie, dodatkowe przygotowania (m.in. zaklejenie sutków plastrami) i można ruszać w drogę. Po godzinie 8 było rześko, ale na szczęście chyba cieplej niż wskazywała na to prognoza. Do miasteczka maratońskiego dotarłem przed godziną 9. Zostawiłem rzeczy w depozycie, później delikatna rozgrzewka i udałem się na start. Ustawiłem się w strefie pomiędzy tabliczkami na 4:00 i 4:15. Około 10 minut przed startem odbyła się jeszcze minuta ciszy dla ofiar ostatnich wydarzeń Bostonie (piszę o tym, bo część osób nie jest pewna czy faktycznie ta minuta ciszy wczoraj była).

Przed startem byłem raczej rozluźniony, nie czułem żebym kipiał energią. W środku chyba jednak czułem obawę przed tym co mnie czeka (obawę czułem między innymi dzień wcześniej kiedy obejrzałem całą trasę, którą mam przebiec nagraną z kamery z jadącego samochodu – 42 km uchwycone w ten sposób naprawdę robi wrażenie). Wystrzał startera i ruszyliśmy. Na początku tłok, ale pamiętając o tym, że przed nami ponad 42 km nie próbowałem nikogo wyprzedzać pamiętając, że na ściganie jeszcze przyjdzie czas. Po pierwszym kilometrze dziwna sytuacja, bo u mnie na GPS kilometr jeszcze nie minął a tabliczka już za mną (zazwyczaj GPS trochę mi dolicza metrów). Na drugim kilometrze dziwny, jednak rzadko spotykany na imprezach biegowych widok – cała masa biegaczy poleciała w krzaki (to chyba wina małej ilości toalet tuż przy starcie). Pierwsze kilometry zgodnie z planem przebiegnięte delikatnie: 05:57 i 05:49. Pierwszy podbieg w okolicach Konkwiktorskiej całkowicie bezboleśnie. W tych okolicach (po naszych 5 km) natknęliśmy się na czołówkę biegu na 10 km.

Kolejne kilometry to trasa w okolicach Starego Miasta. Bardzo fajny moment to bieg ulicą Miodową, kiedy mijaliśmy się z uczestnikami biegu na 10 km, wzajemne okrzyki i brawa na pewno wielu osobom dodały energii. Jeśli chodzi o oznaczenia kilometrów to było coraz gorzej. W momencie kiedy pokonaliśmy 7 km, przed zbiegiem Tamką widniała tabliczka, że już 8 km za nami… dla posiadaczy GPS to nie problem – dla kogoś kto biegł tylko ze stoperem musiała być to spora zagadka.

Zbieg Tamką bardzo przyjemny :) Można było spokojnie puścić nogi… i kilometr ze zbiegiem pokonany w 5:21. Później już bieg Wisłostradą… wszystko dobrze – dobrze się czuje, nie czuję zmęczenia nic nie boli, mam wrażenie że tempo, które utrzymuję (pomiędzy 5:30 a 5:40 na kolejnych kilometrach), nie sprawia mi żadnych trudności. Jedyne co mnie martwi to wrażenie, że zaczynają mi się robić odciski na lewej stopie… ale na szczęście nie przeszkodziło mi to później w biegu. W momencie kiedy wbiegamy na ulicę Sobieskiego zaczynam się taktycznie ustawiać za biegaczami, tak żeby choć trochę się uchronić przed wiatrem. Kolejne kilometry mijają bardzo szybko i już nagle jesteśmy w Wilanowie. Teraz psychicznie trudny odcinek, bo biegniemy zupełnie na odludziu. Z rowerowych wypraw wiem, że na rowerze się jedzie kawałek z Wilanowa do Powsina… a tu trzeba biec ;) Na półmetku okazuje się, że mój czas jest w granicach 1:58-1:59 – ale ja naiwny wtedy byłem ;)

Po dobiegnięciu do Powsina i zawrotce luz – teraz już wracamy będzie tylko z górki. No prawie… bo jeszcze podbieg ul. Podgrzybków – kawałek podbiegłem, resztę podszedłem – szkoda się męczyć na podbiegach na takim dystansie. 25 kilometr, zgodnie z planem z dnia wcześniejszego ( i rozpiską na 4:15) powinienem mieć pokonany mniej więcej po 2:30 – z tego co pamiętam w tym momencie miałem czas w okolicach 2:20.

Od mniej więcej tego momentu zaczęły się schody. Zaczęło się od bólu w lewej stopie… zacisnąłem zęby i biegłem dalej… z czasem ból stopy na szczęście przeszedł. Później poczułem silne napięcie mięśni ud – już taka moja specyfika, że te mięśnie bardzo mi się spinają. Kojarzycie może takie uczucie kiedy po szybkim biegu na 10 km zatrzymujecie się za metą i po paru minutach czujecie jakbyście mieli uda z kamienia? I mimo, że chcecie potruchtać przychodzi Wam to z dużym trudem? Teraz sobie wyobraźcie, że takie właśnie to uczucie spotyka Was, w momencie kiedy do mety zostaje 14 km. Do tego jeszcze dochodzi ból w prawej stopie… Nie pamiętam teraz od którego dokładnie momentu, ale jeszcze przed 30 km mój bieg zamienił się w marszobieg. Nie byłem w tym odosobniony. Wręcz mogę napisać, że większość osób przechodziła do marszu… A przecież do mety jeszcze taki kawał!

Bywały momenty, kiedy byłem w stanie truchtać 200 m, a później znów przechodziłem do marszu. Bywały momenty, kiedy starałem się uruchomić od nowa – przyczepić do czyichś pleców etc. Ładnie udało mi się podbiec pod mały podbieg przez stacją metra Służew… tam się już kończył 32 km. Z minuty na minutę było coraz gorzej. Patrzyłem na zegarek i tylko patrzyłem jak kolejne wyniki przestają być realne. 4:00 jest nierealne… ale do 4:15 przecież mam jeszcze tyle czasu. Na Puławskiej gehenna – pamiętam jak pół roku temu właśnie w okolicach ul. Puławskiej widziałem maratończyków – teraz już dokładnie wiem co wtedy czuli.

Z motywacją też nie było zbyt dobrze… w tym momencie było mi wszystko jedno. Wszystko jedno, bo jakie to znaczenie czy będę miał 4:10 czy 4:12 czy może jeszcze słabszy czas? Denerwujący byli kolejni biegacze, którzy w wolnym tempie, ale biegnąc mnie wyprzedzali. Ale wtedy byłem zły na siebie… Na pl. Unii Lubelskiej moi kibice – lekki zastrzyk energii… ale do mety i tak około 4 km. Wybiegamy przy Łazienkach – trasa znana przeze mnie już z kilku wcześniejszych biegów – cały czas mam złudzenie, że może nagle wstąpią we mnie siły i podejmuję kolejne próby biegu… a właściwie truchtu. W momencie kiedy już wydaje mi się, że mogę truchtać, organizm znów się buntuje. Jestem w okolicach Ronda de Gaulla – kibice, którzy mnie dopingują dodają trochę energii… ale też nie na tyle, żeby biec bez przerwy.

Zwyczajnie nie jestem w stanie już biec – stopa zdecydowanie zbyt boli. Podbiegam i marszeruję, podbiegam i maszeruję… jest trudno, jest ciężko, ale z drugiej strony nie jest to jakiś nadludzki wysiłek. Większy problem to boląca stopa. Psychicznie dobija mnie fakt, że grupa na 4:15 mija mnie parę set metrów przed metrą – na zbiegu z mostu Poniatowskiego. Ja wdrapuje się jeszcze na mały podbieg w okolicach Stadionu Narodowego, ostatnia prosta – spinam się, bo wiem że nie mogę na ostatnich metrach maszerować. Gdy zbliżam się do mety staram się uśmiechnąć wnoszę ręcę w geście zwycięstwa, ale tak naprawdę euforii nie czuję.

4:00 nie złamane, 4:15 również, chociaż zszedłem poniżej 4:20:

04:19:15

Nie czuję satysfakcji z tego wyniku, nic na to nie poradzę. A chyba powinienem, bo przebiec kilkanaście kilometrów z kontuzją stopy, to jednak dowód na silny charakter. Tak to sobie tłumaczę starając się popatrzeć na to wszystko z pozycji obserwatora – ale nie czuję tego, Nie czuję, że pokonałem maraton – raczej mam wrażenie, że w starciu Przemek vs maraton, to właśnie maraton w II połowie meczu piłkarskiego, najpierw wyrównał, a później strzelił jeszcze kilka kolejnych goli.

Nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Teraz w dużej mierze czuję rozżalenie z powodu tego jak wyglądał ten maratoński debiut – męczarnie od 28 km i marszobieg od tego momentu to z pewnością nie powód do chwały. Przeciążenie stopy (a właściwie obu stóp) to też kontuzja, która mnie teraz wyeliminuje na parę tygodni z biegania. Kiedy jednak myślę o tym wszystkim z trochę innej perspektywy – mojej własnej perspektywy sprzed 2 lat, kiedy zaczynałem biegać, mogę się poczuć dumny. Dumny dlatego, że 2 lata temu zaczynając biegać chyba nie sądziłem, że będę na tyle wytrwały, że kiedyś pokonam maraton. Nawet w ostatnich miesiącach, kiedy przytrafiały mi się kolejne urazy zastanawiałem się czy maraton w ogóle jest dla mnie. Wczoraj tego nie kalkulowałem – ale dziś widzę, że na dobrą sprawę mogłem zejść z trasy po tych 30 km – tłumacząc się później chorobą i kontuzją – i nikt nie miałby zarzutów… A jednak, nie wiem do końca jak (bo dziś wysiłkiem jest dla mnie przejść z bolącą stopą 200 metrów) ale wytrwałem do końca :)

Cieszą mnie gratulacje innych osób (również tych nie biegających) – bo przypominają mi, że ukończenie maratonu to jednak duża rzecz. I w takim duchu chciałbym zakończyć moją relację: nie było idealnie, ale nie ma co marudzić. Na poprawę wyniku przyjdzie jeszcze czas. A teraz można się cieszyć, bo debiut maratoński zaliczony! :)

orlen_mor13_01_mtr_20130421_102834

orlen_mor13_01_sch_20130421_125953_1

orlen_mor13_01_mr_20130421_133647_1

orlen_mor13_02_mp_20130421_135104