Icebug Winter Trail 2015 – relacja

DSC_0024

Moje doświadczenie w biegach górskich jest niewielkie. Maraton w Szczawnicy w zeszłym roku, teraz Icebug Winter Trail (21 km). Ale po tych dwóch biegach czuję, że w bieganiu to, co mnie kręci to właśnie biegi terenowe :)

Skąd pomysł na zimowy bieg górski?

Na Icebug Winter Trail wybrałem się przypadkiem. Akurat złożyło się tak, że z moją żoną zaplanowaliśmy wtedy krótki wyjazd na narty. A skoro przy okazji można było zaliczyć bieg… to czemu nie? :) Do biegania pod górę trochę mnie przygotowały ostatnie tygodnie, kiedy praktycznie co tydzień startowałem jak nie w Falenicy to w Wesołej (na tak zwanych biegach górskich). Ale i tak jako człowiek z nizin jestem przygotowany, że w górach raczej będę zamykał stawkę.

Bieg odbył się w sobotę 14 lutego. Start podobnie jak w edycji z 2014 roku był zlokalizowany tuż przy stacji narciarskiej Długa Polana. Notabene ciekawy sposób na wypromowanie stoku narciarskiego – w zeszłym roku kiedy byłem na nartach w okolicach Nowego Targu zupełnie nie zwróciłem uwagi na ten stok (teraz już go dobrze kojarzę :) ).

Przed startem było trochę nerwów bo w Nowym Targu złapał nas jeszcze korek (wiadomo: sobota wszyscy jadą na narty do Białki/Zakopanego). Na szczęście udało się zdążyć odebrać numer startowy i zrobić prowizoryczną rozgrzewkę. Na starcie ustawiłem się w ostatnim rzędzie. Doskonale wiedziałem, że przy tak długim biegu kompletnie nie ma znaczenia pozycja początkowo. Z rozbawieniem patrzyłem na osoby, które „cisnęły” na pierwszym kilometrze ;)

Ruszyliśmy!

Pierwsze dwa i pół kilometra to głównie płaski teren/lekkie podbiegi (niby lekkie a jednak część osób przechodziła tam do marszu). Ciekawie zaczęło się po 2,5 kilometrach bo tak jak obiecywali organizatorzy w tym momencie zaczynał się jeden z dwóch najtrudniejszych podbiegów (a właściwie podejść). Stromo, masa ludzi, wąsko. Ale czy to było problemem? Nie! Główny problem to ilość śniegu. Już w komunikacie technicznym można było przeczytać, że przez trasę przejechano na skuterze… dzięki czemu będziemy się zapadali maksymalnie po łydki (biada temu kto próbował mijać bokiem trasy – tam można było wpaść w śnieg po pas).

schron

Śniegu w tym roku nie brakowało…

Ilość śniegu najlepiej obrazuje zdjęcie obok – śnieg całkowicie przysypał jedno ze schronisk. Wracając do podejścia, o którym zacząłem pisać… największa trudność w tym momencie trasy to właśnie ilość śniegu. Ja to mam szczęście: w Szczawnicy na maratonie miejscami walczyliśmy o to, żeby na płaskim ustać i nie przewrócić się w błoto… w Gorcach z kolei walka była o to, żeby nie zapaść się po pas w śnieg. Wchodzenie pod górę w takich warunkach jest naprawdę męczące. Po 40 minutach spojrzałem na zegarek… a tutaj mieliśmy zaliczone dopiero 4 kilometry. Później zaczęło się to, co lubię najbardziej – zbieganie. Podczas kilometrowego odcinka udało mi się przegonić około 10 osób. Duża w tym zasługa butów Inov-8 Mudclaw 265. Chwaliłem je już wielokrotnie – po tych zawodach mogę napisać, że równie dobrze sprawdzają się w górach przy naprawdę wymagających warunkach.

Zbiegliśmy… po to, żeby znów zacząć podchodzić. I teraz to podejście było naprawdę długie (około 3 kilometry ciągłego dużego nachylenia). Po godzinie od startu nadszedł czas na żel… i parę zdjęć. W takich warunkach pogodowych (słońce pięknie świeciło… nie pamiętam takiego słonecznego dnia już od paru miesięcy) nie żałowałem minuty czy dwóch, żeby zwolnić i cyknąć fotkę :)

Już coraz bliżej mety

Od około dziewiątego kilometra pocieszałem innych biegaczy, że to już koniec podejść… wkrótce tylko płasko i z górki :) Faktycznie mniej więcej od 9. czy 10. km było już trochę bardziej płasko. W okolicach dwunastego kilometra z kolei można było spotkać biegaczy, którzy już zbiegali z Turbacza. Jeden z bardziej nużących kilometrów na trasie to ostatni kilometr przed punktem żywieniowym. Niby z jednej strony perspektywa punktu żywieniowego i zbiegania… ale z drugiej strony irytacja masą śniegu….

przem icebug

Zbiegamy :)

Ale w końcu się udało dotrzeć na punkt żywieniowy. Krótkie posilenie się czekoladą, izotonikiem i pomarańczą… i ruszamy dalej :) Zbieganie czyli to co tygryski lubią najbardziej (jak też widać na załączonym obok obrazku) :) Znów dzięki temu elementowi udało mi się prześcignąć parę osób. Na trasie też gadałem z jednym chłopakiem, który startował rok wcześniej i mówił, że co prawda w tym roku nie ma zabójczego lodu, ale z drugiej strony trasa jest o wiele bardziej wymagająca. Trasa wymagała skupienia… w jednym momencie prawie skręciłem kostkę. Wszystko przez to, że aby uniknąć zderzenia z wjeżdżającym pod górę skuterem zbiegłem lekko na bok. Później skoczyłem ponownie w bok (już na trasę) i kostka oznajmiła, że średnio jej się to podoba… na szczęście skręcenie mnie ominęło.

Już (prawie) meta

Ostatnie 7 kilometrów to głównie zbieganie… no prawie. W momencie kiedy do mety został mniej więcej kilometr okazało się, że czeka nas jeszcze podbieg/podejście. Jeden z towarzyszy twierdził, że to krótki podbieg… Jasne! Okazało się, że się ciągnął prawie przez kilometr. Z jednej strony czułem, że meta jest już tak blisko… z drugiej strony ponad 3 godziny spędzone na trasie robiły swoje. Oj przeklinałem wtedy autora trasy, który perfidnie tak wymyślił jej zakończenie (ponoć część osób korzystała z jakichś skrótów, żeby ominąć to podejście… wstyd!). Przekleństwa miotałem również zbiegając na ostatniej prostej – wzdłuż stoku narciarskiego. A to wszystko dlatego, że puszczanie biegaczy przez odcinek, w którym można wpaść w śnieg po kolana mogło różnie się skończyć (ja tuż przed metą prawie wpadłem na jedną z uczestniczek, która nagle stanęła w miejscu – najwyraźniej chciała wbiec na metę z inną osobą… na szczęście udało mi się ją wyminąć).

Podsumowując…

Kolejny bieg górski, który sprawił mi wiele frajdy. Pod względem wyników nie ma czym się chwalić… ale nie po to człowiek z nizin startuje w takich zawodach (chociaż trzeba przyznać, że w czołowej grupie biegaczy były osoby z Warszawy). O ile w Szczawnicy trafiłem na brzydką pogodę, która ograniczała piękne górskie widoki… tak tym razem miałem dużo szczęścia. Przez cały dzień słońce pięknie świeciło więc trochę się naoglądałem ośnieżonych masywów górskich :) Nie wiem na 100% czy za rok zawitam na Icebug Winter Trail… jeśli będę miał akurat urlop i będę go spędzał na nartach w polskich górach to jest na to duża szansa :)

Na koniec jeszcze zainteresowanych odsyłam do fajnej filmowej relacji z biegu: