Maraton w Szczawnicy (2014) – relacja

logo  Mówią, że maraton zaczyna się po 30 kilometrze. A do 10-15 kilometra biegniemy luźno, uśmiechamy się, zagadujemy do innych biegaczy. Na ścianę możemy się natknąć dopiero w okolicach 30. kilometra. Co jednak gdy zaczynamy dopiero siódmy kilometr biegu (a właściwie marszobiegu), na zegarku już mija godzina a przed nami pojawia się ściana (a precyzując skalna ściana)? Wchodzenie w trzeci zakres po godzinie maratonu to średni pomysł… ale jak pokonać to podejście bez wchodzenia w trzeci zakres? Czy za godzinę, dwie nie usiadę i po prostu nie padnę z nóg?

Bieg w Szczawnicy to dla mnie bieg szczególny z wielu powodów. Po pierwsze, to pierwszy bieg górski w którym brałem udział. Po drugie, to pierwszy bieg na który specjalnie musiałem się wybrać i przejechać kilka set kilometrów. Po trzecie, to dla mnie drugi w życiu maraton (po Orlenowskim debiucie z 2013). Na pierwszym maratonie, kiedy złapałem kontuzję (w obu stopach) zastanawiałem się czy w ogóle takie długie dystanse są dla mnie… Po czwarte to chyba pierwszy taki bieg, przed który miałem pietra czy na pewno go ukończę (mając w pamięci relacje innych biegających blogerów, którzy o debiucie w biegu górskim pisali w kontekście katorgi, zmęczenia, przeklinania na własną lekkomyślność etc.). Zapowiadało się ciekawie, czyż nie? ;)

„Nie ma złego co by na dobre nie wyszło” – jak mawia stare przysłowie. W Szczawnicy pewnie nie pojawiłbym się gdyby nie skręcanie stawu skokowego na styczniowej Falenicy. Gdyby nie 4 tygodniowa przerwa od biegania to pewnie w tym momencie regenerowałbym się po Orlenowskim maratonie z 13 kwietnia. Los jednak sprawił, że porzuciłem myśl o Orlenie. W lutym stwierdziłem, że mam za mało czasu żeby się optymalnie przygotować do tego biegu… a nie chciałem startować nieprzygotowany jak rok temu – wolałem wybrać się turystycznie na maraton górski bez napinania się na życiówkę, czy jakiś określony wynik.

PRZED BIEGIEM

DSC_0001(1)Do Szczawnicy dotarłem w piątkowy wieczór koło 22:30. O dziwo o tej porze jeszcze działało biuro zawodów (które było czynne do 24) :) Po podróży (blisko 8 godzin za kółkiem przez warszawskie korki) trochę do mnie nie docierało, że kolejnego dnia mam startować w maratonie ;) W pensjonacie, w którym się zatrzymaliśmy wszystkie miejsca były zajęte przez startujących na różnych dystansach biegaczy. Noc trudno zaliczyć do w pełni przespanych – koło 2-3 w nocy budzili mnie krzątający się na korytarzu uczestnicy Niepokornego Mnicha (biegu na ponad 90 km, który startował o 4 rano). Ja się obudziłem już parę minut po 6 (jeszcze przed budzikiem).

Lekkie śniadanie (kanapki z dżemem i masłem orzechowym plus banan), a później ubieranie i pakowanie na bieg. O ile na wiele biegów wystarczy mieć ze sobą tylko spodenki, koszulkę, buty, numer startowy, odbiornik GPS, tak w przypadku biegu górskiego trzeba pamiętać o całej masie dodatkowych rzeczy: plecaku, stuptutach (kiedyś się zastanawiałem czy na pewno potrzebuję stuptutów – po tym biegu wiem, że to genialny wynalazek), mapie, telefonie komórkowym (nikt nie kontrolował czy się posiada tel. komórkowy ale w regulaminie była to obowiązkowa część ekwipunku), jedzeniu, bukłaku z wodą, zapasowych plastrach, czołówce (awaryjnie dla bezpieczeństwa), skarpetkach i koszulce na zmianę, kurtce…. a starałem się i tak brać tylko najpotrzebniejsze rzeczy, żeby nie biec później z ciężkim plecakiem.

DSC_0003 Przed startem zbyt długo się nie rozgrzewałem (w porównaniu z innymi biegami) – stwierdziłem, że i tak rozgrzeję się na biegu. Poza tym nie zachęcały warunki atmosferyczne – padał deszcz. Jak widać ze zdjęcia obok przed biegiem ludzie raczej myśleli o tym, żeby się schować pod parasol/do knajpy niż żeby się rozgrzać ;)

RUSZAMY!

Mniej więcej o godzinie 9, zaczęło się odliczanie 10, 9, 8… 3, 2, 1 i ruszyliśmy. Ja ustawiłem się zgodnie  z planem z tyłu grupy. Pierwszy kilometr spokojnie bez napinania się. Po płaskim było może z 400-500 metrów a później zaczął się już podbieg. Nie wiem dokładnie w którym momencie ale dość szybko (pewnie po 1,5 km) bieg zamienił się we wspinaczkę. Profil trasy był taki, że między 2 i mniej więcej 5 kilometrem było największe przewyższenie. Dużo osób szło z kijkami… i na takie warunki pogodowe, nie był to zły pomysł. Już na pierwszych paru kilometrach widać, że padający deszcz sprawił, że warunki na trasie są naprawdę wymagające. Zupełnie nie wyobrażałem sobie jak będziemy mieli zbiegać po takim śliskim błocie… Czas na trasie bardzo szybko płynął, kilometry z kolei zupełnie na odwrót. Nie mam jeszcze odczytu z zapisu Garmina ale o ile pamięć mnie nie myli po pierwszej godzinie miałem za sobą jedynie 6 km (!). Po kilkudziesięciu minutach wreszcie jakiś zbieg (z Dzwonkówki). I tutaj zaniepokoiłem się bo już przy pierwszym zbiegu miałem wrażenie, że coś sobie naciągnąłem w plecach. Byłem jednak dobrej myśli… i na szczęście po paru kilometrach zupełnie o tym zapomniałem (ale nerwów trochę było bo szkoda by było w takim miejscu schodzić z trasy).

Jestem świeżo po biegu, ale mam teraz olbrzymi problem, żeby sobie przypomnieć co się dokładnie działo na poszczególnych kilometrach biegu. Mam tylko pojedyncze wspomnienia typu: zaczyna się jedenastry kilometr a przed nami naprawdę ostre podejście. Później pamiętam jak spojrzałem na Garmina i wydawało mi się, że już 11,5 km za mną… a po chwili się okazało, że 11:50 to tempo marszu pod górę w tym momencie. Lekko się podłamałem też gdy zobaczyłem, że jeden z kilometrów (z tym ostrym podejściem) zajął około 17 minut. Przecież w tym tempie (a tempo będzie na pewno spadać z powodu zmęczenia) to zbyt szybko nie dotrę do mety. Jednocześnie zastanawiałem się jak powinienem się ubrać… biegłem tylko w koszulce, która przez deszcz była cała mokra… z drugiej strony na zakładanie kurtki było zbyt ciepło…. Na tym tym etapie trasy wielokrotnie mijałem się z jednym z zawodników, który zdawał się cały czas maszerować (bez podbiegania). Na płaskim i zbiegach ja go doganiałem/wyprzedzałem, później pojawiało się podejście i on żwawym krokiem mnie wyprzedzał. I tak ileś tam razy pod rząd. Niestety nie przypatrzyłem się numerowi startowemu kolegi, więc nie wiem kto pierwszy dotarł do mety, ale podejrzewam, że przez równe i dobre tempo na podejściach to jemu się to udało pierwszemu :) aktualizacja: sprawdziłem i faktycznie mój „rywal” dotarł do mety 3 minuty wcześniej – jak widać równe tempo popłaca).

Zdjęcie autorstwa Ladislava Marasa: http://lacom.rajce.idnes.cz/II_Biegi_Gorskie_w_Szczawnicy_2014

Zdjęcie autorstwa Ladislava Marasa: http://lacom.rajce.idnes.cz/II_Biegi_Gorskie_w_Szczawnicy_2014

PIERWSZY PUNKT ŻYWIENIOWY – WIELKA PRZECHYBA

Do pierwszego punktu żywieniowego na Wielkiej Przechybie (mniej więcej po 13,5 kilometrach) dotarłem po 2 godzinach i 24 minutach (taki nie jest międzyczas w nieoficjalnych wynikach). Na zdjęciu obok widać moje plecy (ja to ten, w białej koszuce). Na maratonie w Szczawnicy przekonałem się jaką genialną przekąską są pomarańcze. W życiu mi tak nie smakowały pomarańcze jak po 2 i pół godzinach wysiłku fizycznego. Orzeźwiające, słodziutkie… no po prostu delicje :) Na punktach żywieniowych można było wybierać pomiędzy czekoladą, bananami, pomarańczami, rodzynkami, drożdżówkami (te pojawiły się na ostatnim punkcie). Do picia było woda bądź izotonik (który niestety był mocno rozwodniony… i którego też nie było/zabrakło na drugim punkcie po 23 kilometrach).

DSC_0008Krótka przerwa i posiłek sprawiły, że na dalszą część trasy ruszyłem pełen pozytywnej energii. Po paru kilometrach zamknąłem jednej z biegnących pań plecak (była dość zaskoczona faktem, że biegnie z rozsuniętym plecakiem… mnie dziwi że nikt wcześniej nie zwrócił jej na to uwagi). Ten moment trasy – od pierwszego do drugiego punktu żywieniowego wspominam dobrze. Nawet nie zauważyłem, kiedy dotarliśmy na Radziejową (najwyższy szczyt – 1254 m.n.p.m.). W tym miejscu było błędne oznaczenie kilometrażu – ja na Garminie miałem 18,6 km (inne osoby podobnie) a na tabliczce wisiało „20 km”. 20 km to już prawie połowa trasy.. tak sobie pomyślałem i z nowym pokładem energii ruszyłem zbiegać. O ile na podejściach do wielu osób traciłem o tyle na zbiegach (które pokonywałem rozsądnie i uważnie, mając w pamięci skręcenie ze stycznia) zostawiałem innych w tyle :) Przez to ostatnie kilometry przed drugim punktem żywieniowym pokonywałem sam. W tym momencie na płaskim mogłem trochę bardziej pocisnąć… chwilę na pewno straciłem na wyjmowaniu kurtki i próbie telefonowania do żony (obiecałem, że dam jej znać czy wszystko u mnie w porządku :) ). W tym momencie szacowałem, że na metę dotrę nie wcześniej niż po 7 godzinach, czyli koło godziny 16. Co jakiś czas zdarzało mi się na trasie przystanąć i poprawić stuptuty (spadały te gumki przytrzymujące stuptuty od strony podeszwy). Zbliżając się do drugiego punktu żywieniowego wpadłem też parę razy w kałuże przez co buty zamokły… ale nie przejmowałem się tym specjalnie bo w plecaku miałem zapasowe suche skarpetki :)

Zdjęcie autorstwa Ladislava Marasa: http://lacom.rajce.idnes.cz/II_Biegi_Gorskie_w_Szczawnicy_2014

Zdjęcie autorstwa Ladislava Marasa: http://lacom.rajce.idnes.cz/II_Biegi_Gorskie_w_Szczawnicy_2014

DRUGI PUNKT ŻYWIENIOWY

Przez pierwszą połowę trasy sobie powtarzałem… byle do drugiego punktu żywieniowego. Wtedy zostanie już tylko niecałe 20 km… a i profil trasy będzie bardziej przychylny (więcej płaskiego i zbiegów). Kiedy dotarłem na drugi punkt żywieniowy to miny części uczestników nie nastrajały pozytywnie. Miałem wrażenie, że część osób ma już serdecznie dość tego biegu ;) Ja sobie w tym momencie zrobiłem przepakowanie (widać mnie siedzącego w czarnej kurtce obok na zdjęciu). Zmieniłem skarpetki i koszulkę, założyłem kurtkę (głównie dlatego, że przy biegnięciu zaczął mnie obcierać na szyi podskakujący plecak). Posiliłem się i można ruszać dalej. Samopoczucie było dobre. Nie było lekko (bo po prawie 4 godzinach na trasie trudno żeby było lekko), ale po płaskim mogłem jeszcze napierać :) Od drugiego punktu żywieniowego przez jakiś czas (od przełęczy Gromadzkiej po przełęcz Rozdziela – około 2,5 km) biegło się naprawdę przyjemnie – po łagodnych zbiegach ewentualnie płaskim terenie. Ale żeby nie było tak przyjemnie…. zaczynamy 28 km i zaczynamy kolejne bardzo długie podejście (teren był odsłonięty więc widać było co nas czeka). W tym momencie też zacząłem rozmowę z marszerującym obok Pawłem (jak się później okazało prawie do końca biegu biegliśmy w pobliżu bądź niedaleko siebie, wzajemnie motywując się do wysiłku – Paweł wielkie pozdrowienia dla Ciebie! gdybym biegł wtedy sam to ostatnie kilometry pewnie by były bardzo męczące psychicznie). Zaczęliśmy podchodzić i nagle z niebo lunęło. Na tyle solidnie, że cieszyłem się że mam na sobie kurtkę z kapturem :)

ŚCIANA NA MARATONIE

DSC_0009Ściana na maratonie pojawia się dość często w okolicach 29-30 kilometra. Tutaj też mieliśmy ścianę… tyle, że ścianę błota… a po drugie tych ścian było kilka. Podchodzenie szło naprawdę powoli, dlatego że trzeba było się pilnować żeby nie zjechać w dół. Wyobraźcie sobie trudne podejście. Teraz dodajcie do tego padający deszcz. A na koniec jeszcze uwzględnijcie kilkaset osób, które przed Wami pokonało ten odcinek. W takich warunkach robi się wyjątkowo makabrycznie. A najciekawsze jest to, że w takim momencie mimo, że powoli się wspinacie na górę to tętno skacze do 90 paru procent (przynajmniej mnie się tak zdarzyło, ale na to się pewnie nałożyło paru godzinne zmęczenie, do tego stres żeby nie przewrócić sie i nie zjechać w dół etc.).

Nie pamiętam, który to był dokładnie kilometr (pewnie w okolicach 30) – na zejściu (właściwie na jego końcu, kiedy myślałem, że po prostu zjadę 2-3 metry po błocie) zaliczyłem spektaktularną glebę. Biegacze przede mną się obejrzeli i spytali czy wszystko w porządku, ja szybko wstałem i byłem gotowy do napierania dalej. Upadki w błoto na tej części trasy nie były niczym szczególnym. Jeden z kolegów, który jak to powiedział „myślałem, że jestem nieśmiertelny i nie wywrócę się” zaliczył upadek na płaskim odcinku. Uczestnicy maratonu (Wielkiej Prehyby) w tym momencie byli na 30. kilometrze – zastanawiałem się co w tym momencie trasy czuli biegnący w Niepokornym Mnichu, dla których to było 50. kilometr. Mniej więcej na trzydziestym pierwszym kilometrze z paroma uczestnikami trasy zastanawialiśmy się w którą stronę pobiec (trasa generalnie poza tym jednym miejscem była naprawdę super oznaczona – brawa dla organizatorów). Krótkie spojrzenie na mapę… i na szczęście ruszyliśmy w dobrym kierunku. W tym momencie na trasie spotkałem Tomka (pozdrawiam serdecznie! co ciekawe dzień później po biegu spotkaliśmy się z Tomkiem zupełnie przypadkiem na jednej ze stacji benzynowych w czasie drogi powrotnej do domu), który mnie rozpoznał i trochę zaczepnie się spytał „jak tam debiut?” :)

DSC_0010TRZECI PUNKT ŻYWIENIOWY – DURBASZKA

Po 32 kilometrach zaczynałem mieć powoli wszystkiego dosyć. W brzuchu burczało a ja miałem ze sobą już tylko jeden żel (który chciałem mieć na ostatnie 4-5 kilometrów trasy). Gdzie ten punkt żywieniowy? Był dopiero po 34 kilometrach. Do punktu żywieniowego prowadził jeszcze łagodny ale dość długi zbieg… na którym puściłem się prosto w dół, byle tylko dostać coś do jedzenia (tak w ogóle to zastanawiałem się czy przypadkiem na tym punkcie nie zabraknie picia bądź jedzenia… zupełnie nie miałem pojęcia ile osób biegnie za mną). Na tym punkcie żywieniowym byłem po 6 godzinach i 11 minutach od startu zawodów. Parę kostek czekolady, pomarańcze, banany… łyk izotoniku. Nie ma na co czekać tylko trzeba ruszać dalej (część osób widziałem, że siadało i odpoczywało przy stole… ja jakbym usiadł to pewnie już bym nie chciał wstać ;)

Zbiegało się… więc teraz trzeba ten sam odcinek podejść w górę. Na płaskim już nie chciało się nawet truchtać… ale wzajemnie z Pawłem zagrzewaliśmy się do walki (żartami typu „o popatrz, jak wbiegniemy na tamtą górkę to dościgniemy tych dwóch gości :) ” i jakoś napieraliśmy do przodu.  Ciekawostka: na mniej więcej 37 kilometrze minęliśmy Macieja Szczęsnego (bramkarza z polskiej reprezentacji, który kiedyś grał m.in. w Legii, Widzewie, Polonii, i który jest zarazem ojcem Wojtka Szczęsnego, bramkarza Arsenalu Londyn). Jak to skitowałem „jeśli w tym momencie mamy takie zwidy, że widzimy Szczęsnego, to chyba nie jest z nami za dobrze” ;)

Do mety było coraz bliżej… ale cały czas straszyło zejście z Szafranówki. Zejście z Szafranówki wbiło mi się dobrze w pamięć, bo ponad 10 lat temu w czasie jednego z pobytów w Szczawnicy schodziłem z gór tą trasą… było mokro, ślisko, dużo błota, upodliłem się wtedy strasznie (buty przez błoto ważyly chyba z kilogram) – pewnie powiedziałem sobie wtedy „nigdy więcej”. A teraz to zejście miałem pokonać mając w nogach już około 40 kilometrów. W praktyce wyglądało to tak, że się siadało na kamieniach i zjeżdżało powoli w dół. Miałem wtedy już naprawdę wszystkiego dosyć… ale parłem do przodu bo nie mogłem się już doczekać mety :) Najtrudniejszy odcinek minął szybciej niż się spodziewałem. Ostatnie kilometry to znów zacinający deszcz. Trasa zamieniła się w tym momencie już w górki strumyk.  W nogach ponad 40 kilometrów… ale na zbiegach konsekwentnie biegłem. Tam gdzie się dało… bo znów były momenty kiedy musiałem się łapać drzew i gałęzi, żeby nie zjechać w dół.

META

bloto 3Bliżej, już coraz bliżej. Z daleka słychać głos spikera. Jeszcze chwila i wpadniemy na asfalt. Ostatni kilometr to trucht – biegnący ze mną Paweł był wtedy już kilkadziesiąt metrów z przodu. Nawet nie myślałem, żeby się z nim ścigać… bo po co? :) Jedno miejsce w tę lub drugą stronę… to naprawdę nie było ważne. Kiedy w zasięgu wzroku pojawiła się meta to przyspieszam, cieszę się że widzę swoich kibiców (do których dzwoniłem parę minut wcześniej, żeby wiedzieli kiedy będę przekraczał metę) i wpadam na metę z uśmiechem na twarzy i rękami uniesionymi wysoko w górę. Udało się :) Po 7:43:23 docieram na metę (268 na 307 startujących). I na mecie wyszło jeszcze dodatkowe piękno biegów górskich… biegów w których na metę często wpada się samotnie i kiedy kibice witają właśnie Ciebie brawami czujesz się zupełnie inaczej niż gdyby w grupie kilkudziesięciu osób wbiegasz na metę w ciągu kilkunastu sekund… i jesteś tak naprawdę anonimowy w tym wielkim tłumie. A tutaj niezależnie od miejsca każdy może się poczuć zwycięzcą :) Tak naprawdę to dopiero tego dnia poczułem radość z pokonania maratonu. Kiedy rok temu kończyłem Orlen to byłem zawiedziony kiepskim czasem i zły, że prawdopodobnie odniosłem kontuzję w czasie biegu. Na prawdziwą euforię maratończyka musiałem poczekać ponad rok…. warto było! Trudno znaleźć słowa, które dobrze oddałyby tamten moment.

PODSUMOWANIE

Na podsumowanie… i refleksję po biegu przyjdzie jeszcze czas w kolejnych z postów. Jedno co chciałbym wyraźnie zaznaczyć w tym miejscu: brawa dla organizatorów. Zawody były zorganizowane naprawdę dobrze (strefa startu, oznaczenie trasy, biuro zawodów, punkty żywieniowe). Szkoda, że na mecie nie było wegetariańskiego posiłku (było spaghetti bolognese)… ale tego dnia byłem tak szczęśliwy, że ten drobny szczegół nie wpływa na moją ocenę organizatorów :) Ale na przyszły rok warto wziąć pod uwagę lekkie poszerzenie menu.

Kluchy kluchami… ale to nie jest naprawdę ważne. To co jest ważne to…

bloto 4

przeżycia i wspomnienia z maratonu w Szczawnicy, które są dla mnie b-e-z-c-e-n-n-e :)