Mienia Winter Trail 2013 – relacja

mienia 1 Od Mienia Winter Trail 2013 minął już ponad miesiąc. Kto śledzi mój fanpage na Facebooku pewnie kojarzy, że bardzo sobie chwaliłem udział w tej imprezie… stąd nie mogło zabraknąć relacji z tych zawodów. W Mienia Winter Trail wziąłem udział właściwie z marszu – nie przygotowywałem się specjalnie do tego biegu, decyzję o starcie podjąłem parę dni wcześniej, a dzień wcześniej spać kładłem się koło 2-3 w nocy. A więc krótko pisząc: bez ciśnienia na wynik.

Przed startem miałem pewne obawy odnośnie oznaczenia trasy. W przypadku poprzednich biegów nad Mienią i nad Świdrem trasa bywała bardzo kiepsko oznakowana (zdarzały się kuriozalne sytuacje kiedy czołówka biegu zbiegała z prawidłowej trasy i robiła nadprogramowe kilometry). Tym razem oznakowanie trasy było idealne. A to dlatego, że każdy nawet najmniejszy zakręt był czytelnie oznaczony, a poza tym na kilku kluczowych zakrętach stali wolontariusze, którzy wskazywali poprawny kierunek biegu. Super, naprawdę nie ma na co narzekać!

Ale wróćmy jeszcze na chwilę do początku biegu… Odbiór pakietu startowego – w ekspresowym tempie, bez żadnych kolejek (ale to też za sprawą niewielkiej liczby startujących – startowało około 130-140 osób). Później rozgrzewka – oj trzeba było się rozgrzać bo akurat ładnie przymroziło tego dnia. Przed startem miało być jeszcze losowanie kuponu wartego 300 PLN na zakupy w jednym ze sklepów internetowych – ale przesunięto to losowanie na później.

3, 2…. 1 i ruszyliśmy! Kto zaszarżował zbytnio na początku biegu ten dość szybko tego żałował a to dlatego, że już po 200-300 metrach wbiegaliśmy na wydmę (i był to dość długi podbieg, dłuższy od Falenicy). A później z kolei z górki… Ja trochę się zaspałem ale nie było aż tak źle. Cały czas sobie mówiłem: zwolnij trochę… ale nogi niosły. Każdy z pierwszych 4 kilometrów przebiegnięty poniżej 5 minut (najszybszy 4:44) – jednak na dystans półmaratonu to trochę zbyt szybkie tempo. Pierwsze mniej więcej 4 kilometry pętli poza tą wydmą na początku były raczej płaskie, trochę zakrętów, trochę piasku. Mniej więcej w okolicach początku 5 kilometra punkt z wodą. A później już główna atrakcja czyli odcinek nad Mienią (rozpoczynający się przejściem po wąskim, prowizorycznym mostku, wykonanym z drzewa, po którym raczej da się przejść niż przebiec). W dół, w górę, w lewo, w prawo, tu się schyl żeby pobiec pod krzakiem tu przekocz nad leżącym pniem. I takie bieganie mi się podoba, od razu czuć jak mięśnie całego ciała pracują. Tutaj już tempo trzymało się w okolicach 5:15-5:20. Pod koniec pętli (była pętla o długości mniej więcej 7 km – biorąc udział w biegu można było wybrać dystans 7, 14 albo 21 km, ja wybrałem ten trzeci) kolejna atrakcja czyli kładka…

Zdjęcie Joanny Parfianowicz

Zdjęcie Joanny Parfianowicz

Na zdjęciu może ta kładka nie wygląda tak strasznie… ale zastanawiałem się czy przy ostatniej pętli mając już w nogach 21 km nie zachwieję się i nie polecę do wody.

Pierwsza pętla to wysoki poziom energii, zadowolenie z biegu, i nadzieja na nową życiówkę na dystansie półmaratonu. Na drugim kółku powoli czułem, że mi odcina już energię ale średnio tempo pewnie i tak oscylowało wokół 5:30 (niektóre kilometry po 5:00, inne prawie po 6:00 minut). Trzecia pętla… oj tutaj było ciężko. Zacznijmy od tego, że nie podbiegłem pod całą wydmę – podbiegłem ile dałem rady a później szybkim, żwawym marszem wdrapywałem się na górę. Później próbowałem się trzymać pleców innych zawodników… ale niestety traciłem z nimi kontakt. Z kilometra na kilometr było coraz ciężej. Początkowo mnie to wkurzało, patrzyłem jak moja nowa życiówka się oddala… i nie byłem specjalnie zadowolony…

ALE W PEWNYM MOMENCIE NA SZCZĘŚCIE ZROZUMIAŁEM, ŻE ŻYCIÓWKA TO NIE JEST, CO SIĘ LICZY TEGO DNIA!

Fajna trasa, bieg po lesie, przyjemna pogoda (nawet zaczęło trochę świecić słońce) i poczułem, że ważniejsze to z jakim wynikiem skończę ten bieg jest moje nastawienie. Czy będę marudził i zrzędził, że zabrakło mi energii, czy będę potrafił docenić ten dzień, ten udział w fajnej imprezie. Po tym jak to wszystko sobie uświadomiłem… zrelaksowałem się. Biegło się łatwiej i przyjemniej :) Nie powiem ostatnie kilometry były bardzo ciężkie – kompletnie odcięło mi siły (jedne z ostatnich kilometrów były po 6:30, 6:11, nie liczę kilometra z przejściem przez kładkę gdzie już w ogóle moje tempo spadło do dramatycznego 6:52). Ale wbiegając na metę czułem satysfakcję… bo ten bieg był naprawdę fajny :)

Podsumowując… organizacja biegu: wszystko grało – trasa oznakowana bardzo dobrze, odbiór pakietu startowego w jedną minutę, dobry posiłek regeneracyjny po biegu (choć niestety nie wegetariański – teraz już bym miał z nim problem). I co najważniejsze: fun z biegu – w skali od 1 do 10, mocne 10 :) Na co dzień trenuję głównie w lesie… i widzę, że bardziej niż kolejne zawody na asfalcie w tłumie podobają mi się mniejsze imprezy, z trasą trailową :)

Wszystkim gorąco polecam udział w kolejnych edycjach Mienia Winter Trail! :)