Moja nowa życiówka maratońska czyli relacja z Orlen Warsaw Marathon 2016

Zanim przeczytacie relację z niedzielnego biegu pozwólcie, że podzielę się z Wami moimi odczucia sprzed 4 miesięcy. Jest końcówka grudnia 2015, od kilku miesięcy z powodu problemów z łydką prawie nie biegam (mimo tego, że zrobiłem masę badań – odwiedziłem zarówno lekarzy jak i fizjoterapeutów problemy z łydką ciągle powracały). Wybrałem się wtedy na trening z ekipą Smashing Pąpkins do Lasku Bielańskiego. Ledwo zaczęliśmy a już po 3 kilometrach znów pojawił się ból łydki. Nie forsowaliśmy wtedy tempa a ja już po 8 kilometrach czułem się wykończony. Kiedy tak mocno odstawałem od grupy zacząłem się zastanawiać wtedy „po co mi to całe bieganie? może organizm sami mi daje znać, że to nie dla mnie? może przerzucę się na coś innego?”.

Dlaczego w ogóle wystartowałem?

[fragment do pominięcia dla niezainteresowanych]

Startując w Orlen Marathonie w ostatnią niedzielę złamałem obietnicę jaką sobie złożyłem 3 lata temu po debiucie maratońskim: wtedy obiecałem sobie, że bez dobrych przygotowań nie wystartuję już więcej w maratonie ulicznym (w 2014 zrezygnowałem ze startu w Orlenie i pojechałem na maraton górski do Szczawnicy bo na 6 tygodni z przygotowań wykluczyło mnie skręcenie kostki, w 2015 roku stosunkowo mało biegałem więc wybrałem się ponownie na maraton górski do Szczawnicy). Debiut maratoński skończył się kontuzją, która nie tylko uniemożliwiła mi przez jakiś czas bieganie ale sprawiła, że przez prawie 2 tygodnie ledwo chodziłem (co w momencie, kiedy zacząłem nową pracę raczej było niepożądanym stanem). Na tegoroczny maraton skusiłem się bo zmieniło się moje podejście do tego dystansu. We wrześniu 2015 kiedy na Gocławiu kibicowałem maratończykom zwyczajnie smutno mi się zrobiło stojąc z świadomością, że nie biegnę – wtedy sobie obiecałem, że kolejnego maratonu w Warszawie nie przegapię – i o ile będę w stanie przetruchtać ten dystans to stanę na starcie. Zrobię to bo miałem już dość dni tuż po maratonach, kiedy moja ściana na Facebooku jest pełna zdjęć i entuzjastycznych opinii nawiązujących do maratonu a ja siebie pytam „dlaczego znów się nie przygotowałem do startu?”.

Ostatnie miesiące przed maratonem

Pod koniec grudnia 2015, kiedy biegałem na bieżni mechanicznej zdarzały się dni kiedy po 5 kilometrach (w tempie 5:30) schodziłem z bieżni bo już miałem dość. Czułem się tak jakbym zaczynał biegać. W styczniu kilka wizyt u nowego fizjoterapeuty sprawiło, że moje problemy z łydką się skończyły. Zacząłem trochę biegać – bawiłem się bieganiem: pojawiłem się na biegach na orientację na Gocławiu (Szybki Mózg), w Parku Skaryszewski, wystartowałem również w Falenicy. Czasy były słabiutkie… ale nie przejmowałem się: cieszyłem się, że mogę biegać bez bólu. W lutym dała mi się we znaki nowa praca – z tego powodu druga połowa miesiąca była treningowo dość słaba. W lutym jednak po raz pierwszy wystartowałem w półmaratonie w Wiązownej – gdzie pobiegłem na 1:51:19 (start treningowy – planowałem coś w okolicach 1:52 więc plan zrealizowany). Ten bieg był dla mnie potwierdzeniem, że jestem na dobrej drodze do powrotu do formy. Po półmaratonie się rozchorowałem – więc zamiast trenować na złamanie 1:45 w Półmaratonie Warszawskim odpoczywałem. Druga połowa marca to wznowienie aktywności (w końcu trzeba było się trochę poruszać przed półmaratonem). Start w PMW: 1:46:50 – w czasie biegu myślałem, że złamię 1:45 – bo biegło mi się naprawdę dobrze… i właśnie po tym starcie stwierdziłem, że zaryzykuję i zapiszę się na Orlen. Skoro 3 lata temu z życiówką na półmaratonie powyżej 1:50 skusiłem się na debiut maratoński to czemu teraz mam się ograniczać? Tydzień po półmaratonie zrobiłem jeszcze długie wybieganie: 25 km, później znów choroba, start na 10 km w Raszynie i zostało parę dni maratonu…

Ostatni tydzień przed maratonem to lekki stres i obawy: „jak to będzie? czy znów jak 3 lata temu po 25 kilometrze nie złapię jakiejś kontuzji stopy? czy mała liczba długich wybiegań nie zemści się na mnie?”. O tym się dowiecie z kolejnych akapitów :)

Dzień startu

Taktyka jaką przyjąłem na start była następująca: biegnę trochę szybciej niż  na 4 godziny (w okolicach 5:30) – robię to dlatego, że 5:40 to zbyt wolne dla mnie tempo – wolę pobiec trochę szybciej a raz na 5 km zrobić sobie 50 sekund marszu (finalnie maszerowałem około 30 sekund na tych zaplanowanych przerwach).

Komentarz odnośnie pogody: ja przed startem bałem się słonecznej pogody. Tydzień wcześniej w Raszynie na biegu 10 km słońce mnie wykończyło – gdyby tak świeciło w dniu maratonu to byłoby bardzo ciężko. Na szczęście pogoda okazała się idealna – pochmurno, temperatura odczuwalna pewnie w okolicach 7-8 stopni, nie padało. Jedyne na co narzekała część osób to wiatr: przy moich prędkościach i w biegu w tłumie to nie był wielki problem – gdybym był przygotowany do maratonu to ten wiatr raczej nie byłby wytłumaczeniem dla słabszego rezultatu.

Pierwsze 5 kilometrów pobiegłem bardzo zachowawczo – czyli zgodnie z planem. Jak pokazują wyniki ze strony Orlenu – biegłem wtedy z tempem na czas około 4:05. Później pomiędzy 5 a 10 km trochę przyspieszyłem (prognozowany czas zmienił się na 4:03). Około szóstego kilometra zdjąłem rękawki i buffa bo zrobiło się wystarczająco ciepło. Czułem się bardzo dobrze i powoli przyspieszałem – po 15 kilometrach średnie tempo już było na wynik poniżej 4 h. W okolicach 16 km spotkałem na trasie dwóch biegaczy z Raszyna z zaprzyjaźnionego teamu biegowego – kilka kilometrów w dobrym towarzystwie sprawia, że czas szybciej płynie (pozdrowienia dla Was!). Od tego momentu zacząłem też czuć spięcie (początkowo prawego, później obydwu) ud – lekki ból, ale bez paniki… zastanawiałem się tylko co będzie dalej… W połowie dystansu wynik idealny: 1:59:40, a samopoczucie bardzo dobre. 

Dalej zaczęły się schody – na ścieżce rowerowej w okolicach Powsina zaczęło wiać z północy. Przez kolejne kilometry trzymałem tempo. W okolicy 29 kilometra dogoniła mnie grupa z zającem na 4 godziny… i od tego momentu zaczęły się schody. Do 30 kilometra miałem dalej tempo na poniżej 4 h… Ale na ulicy Sobieskiego zacząłem już mocno zwalniać. Wszystko za sprawą coraz bardziej spiętych ud, które nie wytrzymały długiego wysiłku. Każde kolejne kilka set metrów wydawało się być wyzwaniem. Miejscami starałem się jeszcze przyspieszać i wyprzedzać inne zmęczone osoby… ale było coraz ciężej. W tym momencie wiedziałem, że 4 h jest poza moim zasięgiem… ale 4:05, no może 4:10 – to chyba nie problem?

Maraton zaczyna się po 30 kilometrze…

Ale człowiek jest naiwny ;) Od wysokości ulicy Spacerowej zrobiło się już mega ciężko. Obiecywałem sobie: przetruchtaj do końca kilometr to będziesz mógł pomaszerować przez chwilę. Na ulicy Podchorążych na moje usta już cisnęły się przekleństwa – ale inne osoby biegnące obok najwyraźniej czuły to samo. Kiedy dotarliśmy do Wisłostrady to zacząłem się zastanawiać: czy jest jakaś różnica w bólu ud pomiędzy marszem a wolnym, ślimaczym truchtem? Mobilizowałem się – widząc fotografa nawet udawałem, że nie jest aż tak źle (vide zdjęcie poniżej).

73680-MOR16-7674-42-000101-mor16_01_msf_20160424_123250

W praktyce było bardzo źle: ostatnie 7 km to męczarnia… truchtanie i walka o to żeby zejść na kilometrze poniżej 7 minut… brzmi śmiesznie jak się to czyta. Ktoś kto nie startował w maratonie nie zrozumie tego, co się dzieje na ostatnich 7 kilometrach tego biegu…

Dwa kilometry – już tylko most Świętokrzyski i zaraz finisz. Aha – jasne. Do mojego organizmu wcale to nie docierało. Głowa chciała – na głos mówiłem do siebie „napieraj” ale nic z tego – nogi hamowały (ostatni pełny kilometr z krótkim marszem to 6:47 – masakra).

Jeśli ktoś się zastanawia czy na pewno dałem z siebie wszystko („wszystko jest w głowie, na pewno Przemek mogłeś spiąć się i pobiec szybciej”) – polecam zerknąć na poniższe zdjęcie z finiszu. Mimo skamieniałych ud poderwałem się na ostatniej prostej do szybszego truchtu – bolało, ale jeśli się biegnie w koszulce „Smashing Pąpkins” to nie ma co wymiękać :) To, że dałem z siebie wszystko czułem już za linią mety – pierwszy raz w życiu miałem tak zmęczone uda, że wejście czy zejście z niskiego krawężnika stanowiło wyzwanie – przeżyliście coś takiego? Bo ja wcześniej nie…

73680-MOR16-7674-42-000101-mor16_01_mz_20160424_130329

Jak to się skończyło? 4:05 nie udało się złamać – ale to już wiedziałem sporo wcześniej. Na 4:10 też się nie spiąłem. Na ostatnich kilometrach dużo straciłem ale zrobiłem wszystko, żeby zejść poniżej 4:15. Finalny rezultat to 4:14:14 – życiówka maratońska poprawiona o ponad 5 minutPo debiucie maratońskim marudziłem na swój czas (4:19 z kontuzją) – od tego czasu zmieniło się moje podejście. Tym razem cieszę się, że w ogóle wystartowałem w maratonie – spodziewałem się lepszego czasu ale bez treningu pod maraton podchodziłem do tego startu z pokorą. 

1

4

Co dalej?

Maraton po 30 kilometrze skopał mi tyłek… to trzeba przyznać… ale zamiast mnie to załamywać raczej zmotywowało. Nie wiem czy to realne bo zawsze w okresie upałów treningi kompletnie mi nie wychodziły – ale może tym razem się uda i we wrześniu wystartuję przygotowany w Maratonie Warszawskim? Nie ma co gdybać – żeby to się udało trzeba dobrze to rozegrać (nie jest to też zależne bezpośrednio ode mnie bo już za kilka tygodni szykują się spore zmiany w moim życiu… ale na razie o tym cicho). Jest pewien plan… pożyjemy zobaczymy :)

Na koniec: jak wyglądał mój kilometraż w 2016 roku?

Od początku tekstu piszę, że startowałem w maratonie bez przygotowania pod ten dystans. Tak samo twierdzi wielu biegaczy, którzy biegają po 30 kilometrów tygodniowo i porównują się ze mną… jak to u mnie realnie wyglądało?

Startując z formą niemal od zera (po 6 miesięcznych problemach z łydką) od początku stycznia przebiegłem około 262 km. W tym czasie zaliczyłem też 4 dłuższe treningi: 16 km, 17 km, dwa półmaratony. Komuś innemu z takim kilometrażem nie pozwoliłbym wystartować w maratonie ;) Wystartowałem bez specjalnego treningu pod maraton: ale wiedziałem jakie może to mieć konsekwencje więc przyjąłem rozsądną taktykę – maraton i tak dał mi mocno w kość, ale nie żałuję startu.

 

A jak Wasze wrażenia z Orlen Marathon w 2016 roku? Dajcie znać w komentarzu!