Moje pierwsze zawody – Bieg Marszałka w Sulejówku

Na swoje pierwsze zawody biegowe trafiłem stosunkowo szybko, bo po niespełna 2 miesiącach biegania. 10 km było wtedy dla mnie dystansem z pewnością w zasięgu ręki (na jednym z treningów, oczywiście z przerwami udało mi się wcześniej przebiec taki dystans), z drugiej strony nie była to przysłowiowa kaszka z mleczkiem.

Skąd pomysł na IV Bieg Marszałka w Sulejówku rozgrywający się 11 czerwca 2011? Głównie z tego względu, iż w Sulejówku mieszkała wówczas moja obecna (wtedy jeszcze nie) żona. Liczyłem na jej wsparcie duchowe stąd taka a nie inna lokalizacja biegu.

Aczkolwiek trzeba przyznać, że niewiele brakowało żebym nie pobiegł w tym biegu. Limit uczestników wynosił 500. Kiedy na początku maja chciałem się zarejestrować do biegu to okazało się, że ponad 500 osób już jest zarejestrowanych. Ze smutkiem ale stwierdziłem, że niestety muszę spróbować swoich sił gdzieś indziej (myślałem o Grand Prix Warszawy). Jakie było moje zdziwienie kiedy pod koniec maja moja znajoma koleżanka, która biega już od paru ładnych lat zwróciła moją uwagę, że jeszcze nic straconego. Faktycznie 500 osób już się zarejestrowało… ale nie wszyscy opłacili swój udział. Czym prędzej się zarejestrowałem, zapłaciłem za udział i się cieszyłem, że załapałem się do szczęśliwej 500stki (z numerem startowym 495).

Zawody w Sulejówku były dla mnie dobrym motywatorem w czasie treningów. Kiedy zdarzało mi się zastanawiać w czasie treningu czy przebiec może jedno kółko, czy wrócić do domu, w momencie kiedy przypominałem sobie o nadchodzących zawodach stwierdzałem, że lepiej teraz wylać trochę więcej potu niż w czasie samych zawodów.

Przed samymi zawodami czułem stres przedstartowy. Zabawne – przecież nie jadę tam walczyć o określone miejsce, to czy przebiegnę w 58 czy 62 minuty przecież nie robi wielkiej różnicy. A jednak pewien stres był, bo w dzień biegu budziłem się już od 5 rano.

Jaki był plan przed biegiem? Przede wszystkim zależało mi na tym, żeby złamać 10 km w czasie poniżej 60 minut. Dużo wcześniej czytałem o taktyce w czasie biegów i planowałem uniknąć typowego dla biegaczy amatorów wypalenia się na pierwszych 2, 3 kilometrach i człapania w mękach do mety.

Pochwalić muszę organizatorów biegu. Wpisowe wynosiło z tego co pamiętam w ostatnim momencie około 40 zł, a wcześniej 20 a może 30 zł, a mimo tego w ramach pakietu startowego otrzymaliśmy techniczne koszulki biegowe, naprawdę niezłej jakości (z logami różnych sponsorów – ale coś za coś). Do tego standardowo napój izotoniczny, masa ulotek reklamowych etc. Każdy też dostawał kupon na ciepły posiłek po biegu (jak wyglądał ten posiłek – nie mam pojęcia bo nie skorzystałem).  Przy tej cenie to jeden z lepszych pakietów startowych, o których czytałem ostatnimi czasy.

Sam bieg zaczął się o godzinie 10:15. Odpowiednio wcześnie, żeby uniknąć największego skwaru (co jak co ale to już była prawie połowa czerwca). Co do temperatury mieliśmy szczęście – o ile dobrze pamiętam pozostałe weekendy czerwcowe były znacznie bardziej upalne. Do biegu ustawiam się na samym końcu stawki, żeby mnie przypadkiem nie kusiło zbyt szybko ruszyć.

W momencie, kiedy wystartowaliśmy wydaje mi się ze drepczę ślimacząc się, patrząc na pozostałe osoby, które pomknęły do przodu. Pierwszy kilometr rozgrzewkowo (oczywiście rozgrzewka przed biegiem też była) przebiegam w okolicach 6 minut… tego dnia jednak czuję się bardzo dobrze, dlatego od 2 kilometra przyspieszam mniej więcej do tempa 5:30 min/km. Powoli zaczynam wyprzedzać te osoby, które po pierwszym szybkim kilometrze nagle na drugim czy trzecim zaczynają nagle stawać w miejscu i przechodzić do marszu. Trasa składa się z 3 pętli, a więc 2 razy można skorzystać z punktu z wodą.

Pierwszą pętlę biegnę na sporym luzie. W czasie drugiej trzymam swoje tempo, powoli wyprzedzam kolejnych biegaczy, ale czuję już pewien wysiłek. W momencie kiedy mijam na pętli Anetę i znajomych, którzy przybyli z nią pokibicować staram się uśmiechać, żeby pokazać, że jestem pełen sił i że biegnę na luzie. Zaczyna się trzecia pętla… a ja zaczynam powoli zwalniać ( o ile wcześniej biegłem miejscami tempem w okolicach 5:15 min/km o tyle teraz bliżej mi do 5:40 min/km).  W momencie kiedy koło 8 km nagle wyprzedza mnie para biegaczy mimo, że już czuję spore zmęczenie postanawiam się podczepić pod nich i ich tempo. Z trudem ale się udaje, dzięki czemu wyprzedzamy kolejne osoby.

Na ostatnim kilometrze czuję, że już padam z nóg. Czuję, że może dystans 10 km to może zbyt ambitny dystans jak na moje doświadczenie biegowe. Myślę, że koniec już wkrótce… bieg jednak wymaga ode mnie sporo wysiłku. Kiedy zbliżam się do stadionu zaczynam wręcz jęczeć z wysiłku… a w głowie pojawia mi się myśl „po co to wszystko?„. Na ostatnie 100 może 150 metrów mobilizuję się i… włączam sprint wyprzedzając ostatkiem sił jeszcze 2 może 3 osoby.

Przekraczam linię mety i padam wręcz z nóg. Na mecie czeka już na mnie Aneta i znajomi. Siadam obok nich na ławce (a właściwie prawie się przewracam na tę ławkę) i mocno sapię. Zmęczony ale szczęśliwy bo wbiegając na metę zorientowałem się, że udało mi się z dużą rezerwą pokonać 60 minut – ostatecznie się okazało, że mój czas netto to 56:12 (brutto to 56:40). Ten czas dał mi w kategorii Open 317 miejsce na 405 osób, które ukończyły bieg.

Później jeszcze małe rozciąganie, krótka przebieżka… a w nogach czuję beton. Przez cały dzień później byłem dość osłabiony (ale to chyba kwestia nie najniższej temperatury w czasie biegu)… ale  to nic… bo w głowie kołacze mi się już myśl: kiedy kolejne zawody?