VIII Bieg Wedla – relacja

wedlaPark Skaryszewski to jedno z najbardziej przyjaznych dla biegaczy miejsc w Warszawie. W środku tygodnia i w weekendy, rano, w ciągu dnia i wieczorem – zawsze tam można się natknąć na jakiegoś biegacza. W zeszłym tygodniu, kiedy zrobiłem sobie długi 25 km trening i byłem w Parku Skaryszewskim odbywał się właśnie jeden z treningów przygotowujących do Orlen Marathon. Przez to biegaczy wtedy było w parku co najmniej 60-80. Park Skaryszewski pozwala biegaczowi chociaż na chwilę uciec od zgiełku miasta. Jest dość sporych rozmiarów dlatego spokojnie można sobie w nim wyznaczyć stałą petlę o długości 2 czy nawet 2,5 km (zależy jak bardzo będziemy zbaczać od głównej alei). Żaden biegacz nie będzie się czuł wyobcowany biegając po parku, bo na ścieżkach można spotkać tu i tych bardziej zaawansowanych, szybkich biegaczy i tych, którzy dopiero zaczynają biegać.

Po co o tym wszystkim piszę? Dlatego, że Park Skaryszewski to również miejsce, w którym odbywają się liczne zawody biegowe. W mojej krótkiej karierze biegowej wczoraj byłem już na trzecich zawodach w tym miejscu. Poprzednie dwie imprezy biegowe to dwie edycje Praskie Dychy (jedna w listopadzie, druga w sierpniu poprzedniego roku). Tym razem zawitałem do Parku Skaryszewskiego w środku zimy. Dodajmy do tego – prawdziwej zimy. Dopiero co parę dni temu spadł śnieg. Z tego też powodu miałem głębokie obawy odnośnie stanu nawierzchni w parku.

Do biura zawodów dotarłem około godziny 12:00 czyli na godzinę przed startem biegu na dystansie 9 km (oprócz tego w tym samym dniu odbywały się jeszcze 3 krótsze biegi). Odbiór numeru startowego poszedł całkiem sprawnie (gorzej było paręnaście minut później). Żeby się trochę rozgrzać postanowiłem się jeszcze napić gorącej kawy Idee Kaffee (to już kolejna impreza biegowa na której swoje stoisko ma ten producent kawy… biorąc pod uwagę ile mamy różnych marek kawy na rynku – tych najbardziej znanych jest kilkanaście – darmowy poczęstunek na takiej imprezie to bardzo ciekawy sposób na promocję marki). Około 30 minut przed startem udałem się na krótką rozgrzewkę (przetruchtałem około 2 km, trochę ćwiczeń ogólnosprawnościowych, lekkie dynamiczne rozciąganie) a później ustawiłem się na start.

O ile w Praskiej Dziesiątce kierunek biegu to kierunek odwrotny do ruchu wskazówek zegara tak w Biegu Wedla biegnie się tą samą trasą, tylko że w kierunku zgodnym ze wskazówkami zegara. Ustawiłem się raczej z tyłu stawki… i to był błąd. Po starcie się okazało, że wiele osób, które stały wokół mnie ruszyły w bardzo wolnym tempie. Wtedy sobie pomyślałem: „no to co? chyba się przebijam do przodu”. Jak pomyślałem tak zrobiłem i minąłem na pierwszym kilometrze pewnie z 200 biegaczy. Trochę szarpałem przez to tempo… ale kiedy spojrzałem na Garmina po pierwszym kilometrze pomyślałem sobie, że ostro przegiąłem z tempem pierwszego kilometra. Pierwszy kilometr pokonałem w 4 minuty i 16 sekund. Dla wielu z Was to pewnie prędkość przelotowa na dłuższych dystansach, przy moim rekordzie na 10 km (47:33), takie tempo to tempo przy biegu na 5 km. Trochę się opamiętałem i postanowiłem zwolnić – drugi kilometr to 4:20 – czyli dalej za szybko. Trzeci kilometr pokonany w 4:28 – tu już nie ja decydowałem o zmniejszeniu tempa, ale mój organizm. W tym momencie zastanawiałem się jak przebrnę przez kolejne 6 km skoro już po 1/3 dystansu ma dosyć. Na 4 kilometrze jak patrzę z międzyczasów nie było jeszcze tak źle, bo tempo spadło do 4:38. Kolejne kilometry były już słabsze – piąty kilometr przebiegłem w 4:50. Nie pamiętam czy to właśnie na tym kilometrze, ale w pewnym momencie wyprzedziło mnie parę osób.

Miałem wtedy już absolutnie wszystkiego dosyć. Przebiegłem 5 km w dobrym czasie (22:32), ale przede mną jeszcze 4 km! 4 km a nogi coraz słabsze. Coraz bardziej się zaczynam ślizgać po śniegu. Mięśnie brzucha już wcześniej zaczęły o sobie dawać znać. Nie wiem od którego dokładnie momentu, ale  biegłem prawdopodobnie z mocno pochyloną do przodu sylwetką. Na zdjęciach z biegu wolę siebie nawet nie szukać, bo po pierwsze biegłem ze skrzywioną miną, a po drugie nie chcę patrzeć na moją pokrzywioną sylwetkę ;)

4 km przede mną… jest ciężko, ale przecież nie zejdę z trasy. Uporczywie sobie powtarzam, że biegnie się głową… że jeśli będę chciał to jakoś dalej pociągnę. I biegłem. Co chwilę zerkałem na Garmina licząc ile jeszcze minut biegu przede mną zostało. Szósty kilometr to najwolniejszy kilometr – 4:57. Na szczęście bardziej już nie zwolniłem – siódmy to 4:51, ósmy to 4:48, a dziewiąty to 4:40 (wyprzedził mnie na tym kilometrze jakiś mężczyzna w białej koszulce i spodniach moro i trochę mnie w ten sposób pociągnął za sobą). Jeszcze 132 nadprogramowe metry (to chyba wszystko przez to, że nie biegłem po najkrótszej trasie tylko zbaczałem z jednej strony alei na drugą, żeby biec tam gdzie nie ma śniegu i szczęśliwy wpadam na metę z czasem 42:28 (w wynikach mam 42:25).

Dostałem jeszcze poczęstunek od Wedla, medal, dyplom i gorącą czekoladę. Stanąłem na chwilę z Anią, Tomkiem i Marcinem i posłuchałem o tym jak udało im się złamać 40 minut – sam stałem milczący dlatego, że w tym momencie miałem absolutnie wszystkiego dosyć. Czas bardzo dobry ale bieg strasznie mnie wykończył. Po paru minutach doszło do mnie, że czas się zbierać (kurtkę i cieplejsze ubranie miałem w zostawionym parę set metrów dalej samochodzie) – bo inaczej zaraz się wychłodzę i przeziębienie murowane.

Gardło dziś lekko boli – chyba za dużo się nawdychałem zimnego powietrza. Z wyniku jestem naprawdę zadowolony – 9 km pokonałem w 42 minuty więc zakładam, że gdybym biegł na 10 km to zdołałbym coś urwać z mojego rekordu (47:33) – wystarczyłoby tylko pokonać ostatni kilometr poniżej 5:33. Biorąc pod uwagę nawierzchnię po której biegliśmy jestem wręcz pewien, że gdybym biegł cały dystans po suchym asfalcie 47 minut tego dnia na pewno zostałoby złamane. Cieszy też miejsce na około 360 osób jak wynika z wyników zawieszonych na stronie biegu byłem 80 :) (czyli znalazłem się w pierwszym kwartylu najszybszych biegaczy)

Bieg Wedla to niestety jedyny trening biegowy w ostatnim tygodniu. Poniedziałek to odpoczynek po niedzielnym treningu. We wtorek wróciłem potwornie późno do domu i postanowiłem przenieść trening na środę rano. Jako, że ostatnio mam problemy z wcześniejszym wstawaniem to nic dziwnego, że z środowego treningu nici. Do domu wróciłem z kolei przed pierwszą w nocy. Trening w czwartek – tak, na pewno tego nie zawalę. Różne rzeczy można sobie planować, ale w czwartek akurat dopadła mnie straszna migrena, i o 18 zamiast sznurować buty na trening położyłem się do łóżka spać, bo na nic innego nie miałem siły. Piątek znów późny powrót z pracy… nie było już sensu się forsować przed sobotnim biegiem. Sobota to Bieg Wedla. Dziś początkowo planowałem wyjść potruchtać… ale nogi miałem rano zdecydowanie zbyt spięte – stwierdziłem, że rozsądniej będzie na kolejny trening wybrać się po 1 dniowej przerwie, czyli jutro w poniedziałek. W zamian udałem się na basen, który ostatnio trochę zaniedbałem. Na szczęście jeszcze pamiętam jak się pływa kraulem :) Podsumowując treningowo całkowicie zaprzepaszczony tydzień. W kolejnym muszę wziąć się ostro do pracy!

A do maratonu już tylko 69 dni!